GNIAZDO KUKUŁEK
PROLOG.
Próbował
skupić się na czymkolwiek, chociażby na tej skuwce od markowego pióra,
która wystawała z kieszeni lekarskiego fartucha jego rozmówcy.
-
Jest pan pewien panie doktorze, że nie można inaczej? Przecież nie
zależy mi na dzieciach, a już zupełnie nie uśmiecha mi się myśl, że
kiedyś któreś z nich mnie znajdzie i przez resztę życia będę musiał być
szczęśliwym uśmiechniętym tatusiem z pełnym portfelem. – próbował
żartować.
- niech pan się nie martwi panie
Broggi, to zupełnie nie wchodzi w rachubę. Tak, jak już panu mówiłem
znamy się na swoim fachu a problem pieniędzy w zasadzie nie istnieje –
zagadnięty uśmiechnął się życzliwie. Właściwie pan jest tylko ….
zastanowił się przez chwilę, wyraźnie szukał odpowiedniego słowa -
powiedzmy, niezbędnym ogniwem w bardzo ważnym procesie. Jeszcze
raz się uśmiechnął, jakby powiedział coś bardzo, ale to bardzo
odpowiedniego. Zna Pan teorię Czerwonej Królowej? – zapytał, właściwie
prawie retorycznie, bo nie bawiąc się nawet w czekanie na jakąkolwiek
odpowiedź kontynuował – zgodnie z tą teorią wszyscy musimy umrzeć, tylko
dlatego, że kiedyś, nasi przodkowie zdecydowali się na seks. Jeśli
pozostaliby na poziomie komórki, która- dając nowe życie - dzieli się po
prostu na dwie części, żylibyśmy wiecznie. A tak, ktoś wymyślił kobietę
i mężczyznę. Myśli pan, że Bogu zależało na seksie? A może po prostu
jest zwyczajnym skąpcem, który myśli tylko o tym, jak po skończonej
prokreacji za kilkadziesiąt lat odebrać nam nasze zupełnie już
niepotrzebne ciała. Zupełnie, jak puszki po coca-coli do recyklingu?
Ale, ale proszę się nie martwić – spojrzał na Maurizio. Pana to jeszcze
zupełnie nie dotyczy. Teraz poświęci mi Pan kilka minut a potem pojedzie
na lotnisko i nadal będzie żył tym swoim spokojnym życiem właściciela
całkiem nieźle prosperującej rozlewni wina i przydomowej winnicy. Na ile
zdążył Pan poznać naszą Firmę w tej kwestii niczego więcej od pana nie
chcemy, ba – mogę nawet panu obiecać, że nigdy mnie już pan nie zobaczy,
a nasza, skądinąd sympatyczna, znajomość właśnie dzisiaj się skończy.
Maurizio
kolejny raz przyjrzał mu się uważnie. Jowialna, można nawet powiedzieć,
dobroduszna twarz doktora teoretycznie mogła wzbudzać zaufanie. Krótkie
starannie ułożone, szpakowate włosy, dyskretne, platynowe oprawki
okularów, wskazywałby raczej na wysoko postawionego biznesmena albo
przynajmniej liczącego się środowisku polityka nie zaś zwyczajnego
lekarza tej niedużej, można by nawet rzec prowincjonalnej kliniki
leczenia bezpłodności. Nawet zwykły lekarski kitel, wydawał się zbyt
śnieżnobiały jak na to miejsce. W normalnych warunkach pewnie Maurizio
uciekał by gdzie pieprz rośnie. Ale instynkt wyłączył się równo sześć
lat temu, kiedy w Bolonii podpisał cyrograf na siebie i swoje ciało z
Reichardem Bochtem jednym z Aniołów tajemniczej szwajcarskiej Firmy
farmaceutycznej, o wdzięcznej nazwie Hocem GmbH. Od tego czasu poznał
już kilka podobnych klinik rozsianych po całej Europie. Dotychczas
ograniczano się jedynie do pobierania krwi i różnego typu wymazów.
Jednak centrum leczenia bezpłodności to było coś zupełnie nowego.
Wiedział, że jeśli nawet to prawda, i doktor nie kłamał to już nigdy nie
będzie tak jak dawniej, zanim nie pojechał ubiegłej jesieni po sezonie
na Cypr i nie spotkał tej pięknej Polki, malującej sobie na schodach
usta błyszczykiem. Zastanowił się, czy jeśliby wtedy nie podszedł do
niej, nie zapytał o recepcjonistę to być może jego życie płynęło by
teraz zupełnie innym torem.
Markowe pióro
wystające z kieszeni białego fartucha poruszyło się niespokojnie
podążając za gestem właściciela. Doktor wstał, podszedł do szafki i
wyjął stamtąd niewielką plastikową buteleczkę. Podszedł do drzwi, które
znajdowały się po lewej stronie gabinetu, otworzył je i gestem zaprosił
do środka. Maurizio zauważył, że wszystkie okna tego pokoju dokładnie
zasłonięto roletami. Mimo dnia, z sufitu sączyło się dyskretne światło
kilku słabych halogenów. Pomieszczenie do oddawania nasienia urządzono
nadzwyczaj skromnie – właściwie oprócz umywalki z dużym, czystym
lustrem, kilku szafek, fotela i dużego, może sześćdziesięciocalowego
telewizora z pilotem nie było nic więcej.
Doktor,
doskonale udawał, że uznaje nerwowe rozglądanie się Maurizio za tremę.
Może ktoś inny w innej sytuacji nawet doszukałby się w jego słowach
prawdziwej troski.
- proszę się nie martwić,
nikt pana nie nagrywa ani nie obserwuje. W razie potrzeby w schowku pod
telewizorem znajdzie pan kilka odpowiednich płyt i kolorowych pisemek
Jak pan skończy, proszę zostawić pojemnik w szufladzie koło umywalki i
nacisnąć przycisk. Będzie miał pan trzy minuty na opuszczenie tego
pomieszczenia drugim wejściem. Te drzwi po prawej stronie prowadzą
wprost na ulicę. Za rogiem stoi czarny renault. Dojdzie pan do niego w
pięćdziesiąt sekund. Jest otwarty a dokumenty i kluczyki znajdują się w
schowku obok kierowcy. Tam też jest pański bilet na samolot. Lot
przewidziano na 19.45. Przy tej pogodzie i porze dnia dojedzie pan do
lotniska maksymalnie w półtorej godziny. Proszę zostawić otwarty
samochód na tym małym parkingu dla VIP-ów koło głównego wejścia.
Kluczyki i dokumenty mogą zostać w tym samym miejscu, gdzie były
wcześniej. Ma pan w samolocie zarezerwowane miejsce przy oknie. Tak, jak
już powiedziałem – zgodnie z zasadami Firmy to koniec naszej
znajomości. I również tak jak wspomnialem miło mi było pana poznać.
Spojrzał prosto w oczy Maurizio. Było w tym spojrzeniu coś takiego, że
ten, o ile jeszcze przed chwilą wierzył w coś nierealnego, w jakiś nagły
błysk z nieba, coś co jeszcze może się zdarzyć to w tej jednej chwili
zrozumiał, że nie ma żadnych, nawet najmniejszych szans na cokolwiek co
by nie zgodziło się z wizją, którą roztoczył przed nim ten człowiek.
Właściciel markowego pióra odwrócił się jeszcze na progu, jakby o czymś
zapomniał.
- Aha, nie musi się pan spieszyć, mamy mnóstwo czasu.
Drzwi zamknęły się cicho.
Część I
Surogatka
.
Miała
brzydkie paznokcie. Właściwie to nawet nie tyle żółte ile jakieś takie
zupełnie nieokreślone, koloru starej plastikowej lalki. Zwrócił uwagę,
że zaciska nerwowo palce a krew pozostawia żółte ślady w miejscach gdzie
nacisk był większy. Złapał się na tym , że patrzy na jej dłonie z
zaciekawieniem, może nawet trochę niegrzecznie, zupełnie jakby podglądał
tę odpływającą z palców krew. Była cholernie skrępowana. Podczas
powitania przyjrzała mu się małą chwilkę a potem uciekła wzrokiem gdzieś
nad jego lewe ramię. Potem jej spojrzenie wróciło na nieokreślony
punkt gdzieś pomiędzy kołnierzykiem a pierwszym guzikiem jego płaszcza. Boi się - pomyślał Ptak – zupełnie jak ja. A po chwili już głośno zaproponował –
Słuchaj,
może przejdziemy na ty – tak będzie łatwiej. Mam na imię Piotr. Tzn,
właściwie Krzysztof ale używam drugiego imienia. Tak jakoś wyszło.
Próbował się uśmiechnąć.
-
Podobno ojciec długo świętował moje urodziny, że jak poszedł do księdza
to zupełnie zapomniał że miałem być Piotrem i stąd ten Krzysztof.
.
Nie,
nie tak powinien to rozegrać. Właściwie to co ją to obchodzi? Dla niej
pozostanie pewnie tym Polakiem, który wysłał jej zaproszenie. I potem
zapłaci. Jeden więcej jeden mniej. Co ją obchodzi to, że ojciec uwalił
się jak świnia i pomylił mu kiedyś imiona, albo to, że dla wszystkich i
tak od zawsze był Ptakiem Jeszcze wczoraj planował, że najpierw
dokładnie przyjrzy się jej i będzie twardy. Zupełnie jakby od jego
twardości miało zależeć czy ona będzie się nadawała czy nie. Do tej pory
ważne było dla niego tylko to co widział na zdjęciu. Miała być szczupła
i drobna, mieć długie palce jak Maria. I tę niesamowicie rzadką grupę
krwi.
Milka – odpowiedziała próbując wyjąć palce z jego dłoni. - Jak czekolada.
Naprawdę?
– zdziwił się dość sztucznie próbując podnieść brwi. Ale zaraz
stwierdził że to bez sensu. - Ok. Przecież się znamy. Witaj.
Naprawdę.
Rodzice zrobili mi kawał. – wyraźnie się zaczerwieniła – nie mówiłam Ci
wcześniej?. Udało jej się wyswobodzić dłoń z jego uścisku a potem
natychmiast podniosła ją do ust jakby chciała je zasłonić. Przeszkodzić
kolejnemu słowu. Znał ten gest. Swego czasu zanim jeszcze nie zaczął
pracować dla Orbitrexu był przecież najlepszym specem od body langue. A więc kłamie. Od początku kłamie.
Wbrew wszystkiemu poczuł się pewniej. Lewa półkula mózgu przejęła
inicjatywę. Panował nad sytuacją. Nawet dwie minuty potem, kiedy
wjeżdżali ruchomymi schodami do głównej hali dworca podał jej ramię.
Pomyślał nawet, że to doskonałe wypadło. Bez zarzutu.
Bała
się. Nie, to nawet nie chodziło o tego obcego człowieka. Bała się tego
nieznanego kraju, nieznanych zapachów, obcych potraw i niezrozumiałych
słów i tego wszystkiego co było ledwie wyczuwalne, co zagnieżdżało się
pod jej skórą, kiedy wsiadała do pociągu. To coś wisiało w powietrzu,
było jak rodzaj napięcia, które wytwarza się tuż przed burzą, i które
powoduje, że włosy zaczynają się elektryzować. Jakby ją ktoś zapytał
teraz czego się boi nawet nie umiałaby wyjaśnić. Bała się powietrza.
Okna pociągów przesuwały się na dworcu kijowskim jak klatki filmowej
kliszy. Z każdego wyglądali zupełnie obcy ludzie, układali na półkach
jakieś bagaże, wyjmowali kanapki i zaczynali jeść. Pomyślała, że wszyscy
podróżni maja wspólną cechę, nieokiełznany głód, który trzeba zapełnić
kanapką, albo chociaż batonikiem, kupionym chwilę wcześniej w dworcowym
kiosku. Zawsze dziwiła ją ta niesamowita ilość dworcowych budek z
hot-dogami, chipsami i słodyczami. Dopiero w pociągach rozumiała, że
jest to rodzaj uzależnienia, który trzeba zapełnić, zapchać w sobie –
jak lęk przed podróżą w nieznane. Przed wtargnięciem w obcy zapach.
Część
drogi przespała. W zasadzie, nie mogła narzekać – trafiła na całkiem
normalnych współpasażerów. W jej kuszetce jechała matka trzyosobowej
rodziny, na święta do znajomych z Polski i młoda dziewczyna ze Lwowa. Ta
ostatnia nawet ciekawie opowiadała o międzynarodowej wystawie psów, na
której miała sędziować. Podobno będą tam takie psy, za które można by
kupić całkiem dobry samochód. Dziewczyna była fanką jakiejś zupełnie
egzotycznej rasy - wymieniała z wypiekami na twarzy wszystkich
championów do trzeciego pokolenia wstecz, rozpływała się w ich wadach i
zaletach. Sprawiała wrażenie szczęśliwej. Milka zapamiętała z jej
paplaniny tylko tyle, że, że powinno się je trzy razy dziennie
szczotkować. I koniecznie unikać karmienia gotowanym mięsem z kurczaka.
Podobno właśnie najwięcej psich zgonów jest od zadławienia kością z
kurczaka. Tego Milka nie wiedziała.
Na
długo przed granicą wyjęła paszport i po raz kolejny przyjrzała się
wizie. A więc jednak się zdecydowała. Jeszcze miesiąc temu nie była taka
pewna. Ale miesiąc temu nie wiedziała o romansie Maksima z Olgą.
Za oknem listopad karmił ziemię liśćmi. Pomyślała, że nie jest to dobra
pora na wyjazd, ale zaraz przestała się nad tym zastanawiać, gdyż
akurat przyszła gruba celniczka, obejrzała skromny bagaż Milki i poszła
szukać przemytników w kolejnych przedziałach. Po polskiej stronie było
cieplej. Drzewa oddychały kolorami i widać było, że listopad jeszcze się
nie zagościł na dobre. Dziewczyna od psów spała spokojnie. Milka wyjęła
fotografię. Już za parę godzin spotka się z zupełnie nieznajomym
mężczyzną, otworzy się przed nim, tak jak otwiera się przed mężem a
potem pozostanie jej tylko czekać.
A więc jednak coś jest w tym cholernym przeznaczeniu, skoro los rzucił
ją właśnie tutaj, do Polski, do kraju który dawno już powinna zobaczyć.
Chociażby ze względu na Matkę. Pomyślała, że jej przyrodnia siostra
Nadia, nigdy nie wyjechała dalej niż sto kilometrów od rodzinnego
Kurhania. a Polaków znała tylko z tej słynnej opowieści starego Wowy,
który przy flaszce spirtu zawsze powtarzał, jak to już po wielkiej
wojnie, w pobliżu zatrzymał się pociąg i wyskoczyło z niego kilku
mężczyzn, którzy rzucili się w stronę lasu. Zupełnie jakby nie
wiedzieli, że tam, pod Kurhaniem las jest rzadki jak zęby w grzebieniu i
że nie mają żadnych szans na ucieczkę. Leżeli potem powykrzywiani od
kul, jeden koło drugiego, jakby przytulali się do siebie jeszcze po
śmierci. Wowa wspominał, że ci Polacy to biegli tak śmiesznie skacząc z
bruzdy na bruzdę, szukając drzew, a przecież jeszcze przed Wielką Wojną
wszystkie większe drzewa ścięto do tartaku pozostawiając tylko małe i
cienkie. Czekiści konwojujący wagon byli wyjątkowo czujni. Zaraz po
strzelaninie najstarszy z nich rangą sklął siarczyście młodego chłopaka z
długim ciężkim karabinem marki Mosin, który stał najbliżej drzwi i
pewnie miał ich pilnować. Chłopak zasłaniał się ręką i pokazywał coś to
na broń to na wyłamanych kilka desek w podłodze wagonu. Stary Wowa – no
właściwie to wtedy był jeszcze trzynastoletnim młokosem - leżał jakieś
sześćdziesiąt metrów dalej w małej kępie kilku mizernych jałowców. Ale
wcale nie czuł kłujących go zawzięcie w gołe nogi i łokcie igieł.
Zwyczajnie bał się. Bał się tak bardzo, że najchętniej powbijałby w
siebie wszystkie razem wzięte igły, żeby tylko wyglądać jak jeszcze
jeden niepozorny krzak jałowca. Zupełnie nie oddychał. A może wydawało
mu się tylko, że nie oddycha, bo przecież pot ściekał z niego jak ze
starej, właśnie co wypranej w rzece koszuli. Czuł, że razem z tym potem
skrapla się w nim strach, wsiąka w ziemię. Oczywiście, potem grał przed
chłopakami chojraka i mówił, że wcale się nie bał, nawet wyglądał zza
swojej prymitywnej osłony, ale to nie była prawda. Starszyna wysiadł z
wagonu i poszedł w kierunku lezących. Wtedy Wowa poczuł, że właśnie
umiera. Nawet jeśli nie od razu to za chwilkę, za cholerne kilkadziesiąt
sekund, kiedy żołnierz wypatrzy go w jego kryjówce i dopełni sprawy.
Pomyślał, że te sekundy i tak niczego już nie zmienią w jego krótkim
życiu. Nigdy nikomu się nie przyznał, ale wtedy jeden jedyny raz w życiu
zrobił coś jeszcze. - Zwyczajnie po ludzku, posikał się ze strachu.
Poczuł jak mimowolnie ciepły mocz spływa po jego brudnych udach, wsiąka w
ziemię wraz z potem. Ale wtedy miał szczęście. Cholerne, cudowne,
wspaniałe szczęście. Leżał w takim miejscu, że tuż za nim w linii
prostej staczała się właśnie ku horyzontowi ogromna jeszcze rozżarzona
jesiennym wieczorem żarówka słońca. Czekista podniósł wprawdzie dłoń do
oczu robiąc z niej daszek, ale najwyraźniej słońce oślepiło go bo szybko
odwrócił wzrok, głośno złorzecząc i wyzywając leżących od swołoczy i priaklatych Polakow
. Pewnie zastanawiał się jak wytłumaczy się przełożonym ze straty
„ładunku”. Był wściekły i zmęczony. Czwarty dzień podróży w warunkach
niewiele lepszych od bydła zrobiły swoje. Podszedł do trupów i dotknął
pierwszego z nich końcem buta. Bez wątpienia ten co przed nim leżał już
nie żył. Dla pewności jednak, zdjął z ramienia pepeszę, odbezpieczył i
przeciągnął długą serią po leżących. Zadowolony z wykonanej pracy
odwrócił się i skierował się w kierunku pociągu. Tamci, a właściwie to
co z nich zostało, zupełnie przestali go interesować. Jutro też jest
dzień, coś tam się wymyśli, zresztą kilku więźniów w jedną czy drugą
stronę nie ma żadnego znaczenia. Podniósł rękę i pociąg powoli ruszył.
Już w biegu wskoczył na platformę ostatniego drewnianego wagonu i
zniknął w środku. Wowa leżał jeszcze dobre kilkanaście minut. Nie
poruszał się z obawy, że za chwilę może stać się coś strasznego, oni
zawrócą, przypomną sobie o nim, zastrzelą, albo co gorsza zabiorą ze
sobą wywiozą gdzieś daleko, gdzie kończą się linie kolejowe i gdzie
nigdy nie taje śnieg. Dopiero po bardzo długim czasie podniósł się
najpierw na kolana a potem całkiem, na nogi. Kolana drżały pod nim,
zupełnie jakby były zrobione z innego materiału niż reszta ciała.
Niektóre igły tkwiły w nich jeszcze, zupełnie jakby wrosły na stałe,
stając się częścią Wowy, jego drugą, wymarzoną przed chwilą skórą. W
pierwszym odruchu chciał stąd uciekać, biec do wsi, zostawić to wszystko
za sobą ale zatrzymywała go zwykła chłopięca ciekawość. Zaraz, zaraz,
przecież tamci już odjechali, są daleko, zapewne już gdzieś pod
Pierjejasłowką albo może nawet za rzeką. Na pewno we wsi słyszeli już
strzały i teraz ostrożnie, jeden z drugim mężczyźni pomału podchodzą
zobaczyć co się dzieje po tej stronie torów. Pewnie jak zwykle prowadzi
ich P’etka, który kiedyś, zanim jeszcze niemiecki szrapnel nie strzaskał
mu lewego barku był gwardzistą i dochrapał się nawet młodszego sierżanta.
Podobno sam rozbił dwoma granatami niemieckie działo pod Łanowcem. Nie,
nie czas teraz na ucieczkę. To właśnie on, Wowa, miał teraz swoje pięć
minut, zanim nie dobiegną inni, nie zadepczą, rozdrapią. Ostrożnie
podszedł do trupów. Były cztery. Sami mężczyźni. Chudzi, brudni o
podobnych, popielatych włosach i w podartych łachmanach.
Pistolet
maszynowy Szpagina PPS -41 o kalibrze 7,62mm zwany potocznie pepeszą,
na dystansie dwudziestu paru metrów był śmiertelnie skuteczną bronią.
Wprawdzie niezbyt celną ale chociaż część z 35 pocisków w magazynku,
wystrzelonych jedną serią w stronę uciekających musiała trafić.
Uciekinierzy biegli w jednym kierunku, właściwie ułatwiając zadanie
strzelającym. Pierwsze kule dosięgły mężczyznę po prawej, leżał
odwrócony twarzą do ziemi pomiędzy bruzdami kartofliska. Kula trafiła go
w głowę. Na szczęście Wowa nie musiał patrzeć na jego twarz, a
właściwie to co z niej zostało, bo pewnie bardzo szybko pozbyłby się
resztek porannego śniadania złożonego z kilku kawałków brukwi i
szczypty starego wyschniętego sera. Wszyscy mieli na zewnętrznej stronie
dłoni pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym wytatuowane czterocyfrowe
numery. Leżeli równo obok siebie „ jakby się przytulali”
opowiadał potem ciekawym słuchaczom. Trzeci od lewej trzymał pod pachą,
a właściwie przed sobą pokaźnych rozmiarów tłumok z brudnego koca. Wowa
patykiem dotknął tego zawiniątka i nagle, tuż obok końca patyka w
jednej z licznych dziur zobaczył a być może mu się tylko wydawało, że
zobaczył, jak coś się poruszyło. To był drobna dziecięca rączka,
zakończona maleńkimi palcami które najpierw drgnęły, a potem
wyprostowały w jego stronę. Tego było zdecydowanie za dużo, nawet jak
dla niego – największego gieroja wśród chłopaków z całego Kurhania –
Wowy Kałuszyna. Wrzasnął i z całych sił pobiegł w kierunku wsi.
Zamyśliła
się. Jej babkę ślepy los wypluł kiedyś z pociągu, który jechał od tej
strony granicy. Przecież jakby nie ten płowowłosy, zupełnie obcy
człowiek z czterocyfrowym numerem na dłoni, który zasłonił zawiniątko
własnym ciałem nigdy nie byłoby Natalii Wasiliewny a potem jej – Milki. A
teraz jedzie do kraju, z którego przyjechał tamten mężczyzna, zupełnie
jakby musiała coś oddać, spłacić dług. To dziwne, że właśnie Polak,
wybrał ją i teraz będzie przed nim otwierać nogi i brzuch. I nie wiadomo
co będzie dalej, bo przecież nigdy przedtem tego nie robiła z obcym
mężczyzną, nawet nie wie, czy potrafi. A może nawet będzie musiała
zamknąć oczy – jak radziła Masza, myśleć wtedy o czymś innym i modlić
się do swojego Boga, żeby udało się za pierwszym razem
Na
fotografii był nawet sympatyczny. Wprawdzie nie tak wysoki jak jej
Maksim ale i nie niski. Można by powiedzieć w sam raz. Miał ładne zęby i
nos przypominający trochę ptasi dziób. Od razu pomyślała, że w jakimś
sensie przypomina ptaka, takiego wielkiego, z mądrymi brązowymi oczami i
długą szyją.
Pociąg
zatrzymał się w Warszawie na Centralnym. Tak jak się umówili, miała na
sobie szary, długi płaszcz za kolana i zieloną, podróżną torbę. Tuz
przed wyjazdem ufarbowała włosy na trochę jaśniejszy odcień niż miała
wcześniej. Może mu się nie spodoba? Czy jeśliby się teraz wycofał to
musiałaby mu oddać te zaliczkowe pięćset euro? Sam bilet kosztował
prawie sto. Drugie sto poszło na badania, tak jak się umówili. Resztę
wydała na kilka niezupełnie potrzebnych, ale przyjemnych drobiazgów.
Prostownica, nowe cążki do paznokci, trochę lepszej bielizny. Lubiła
czuć się kobietą. Nawet jak nakryła Maksima z Olgą to mimo całego
kurewstwa tej sytuacji w jednym, jedynym momencie poczuła wtedy pewien
rodzaj satysfakcji. Było to w sekundę po tym, jak zobaczyła na krześle
jej stanik, zupełnie staromodny i w nieokreślony sposób brzydki.
Pomyślała wtedy, że Maksim dostał to na co tak naprawdę zasługiwał. I,
że ona byłą dla niego za dobra, za luksusowa. Poczuła, że nim
zwyczajnie gardzi. A teraz, za parę godzin spotka nieznajomego
człowieka, który przesłał jej pięćset euro, po to tylko, żeby otworzyła
przed nim swój brzuch. A jak się wszystko uda, to dołoży jej dziesięć
razy tyle. I będzie miły.
Kiedy
tak ściskał jej rękę pomyślała, że jest silnym i stanowczym mężczyzną.
Ale nie z gatunku tych co to potrafią ryknąć na kobietę, za byle co.
Przeciwnie, było w nim coś miękkiego, łagodnego. Wziął od niej torbę i
wyszli z dworca. Ciekawie patrzyła na zupełnie obce miasto, wdychała
inny zapach i próbowała domyśleć się czegoś z kolorowych neonów.
Niektóre były zupełnie takie same jak w Kijowie, oznaczały te same
wielkie międzynarodowe koncerny, te same MacDonaldy i PizzaHutt-y.
Zawsze łapała się na myśleniu o tym, jaki to niesamowity fenomen, żeby
wytresować ludzi, tak żeby zapłacili za jedną bułkę tyle co za dwa
bochenki chleba. A cienki plasterek nieokreślonej koloru i smaku
przedstawić jako najwspanialszy kawał wołowiny na świecie. Podglądała
jak wewnątrz bawią się dzieci, rozmieniają swoje dziecięce radości w
kolorowy pasiasty plastik. Kurewskie czasy.
Jego
rosyjski był całkiem niezły, przypominał akcentem jednego piosenkarza,
którego kiedyś bardzo lubiła. Ale tamten był z Litwy a ten z Polski.
Przyglądała się jak rozmawia z taksówkarzem, potem pomaga jej wsiąść do
żółtego volkswagena. Jechali około 40 minut. Minęli roziskrzone neonami
centrum, potem most na sporej rzece. Kiedy wjechali do cichej willowej
dzielnicy przez chwilę poczuła strach. A może ją zabije? Może zależy mu
na czymś zupełnie innym niż pisał? Przecież nikt tak naprawdę nie pozna
nikogo na podstawie kilkudziesięciu listów i telefonów. Zauważyła, że na
dworcu przygląda się jej dłoniom. Pomyślała, że jego żona musi mieć
piękne, zadbane dłonie. Ta myśl spowodowała, że się zawstydziła. Ale z
drugiej strony nie wiedzieć czemu pomyślała, że mężczyzna, którego żona
ma pięknie wypielęgnowane dłonie nie może być mordercą.
Dom
nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był tak samo jak inne w tej
dzielnicy, dość nowy, ze starannie utrzymanym, niewielkim ogródkiem.
Otworzył drzwi kluczem i kilkoma uderzeniami w małą skrzyneczkę z
przyciskami wyłączył alarm. Wszystko wskazywało na to, że byli sami.
Pomógł jej zdjąć płaszcz i zaprowadził do niewielkiego saloniku.
Zauważyła, że zaraz przy wejściu zdjął buty. Zrobiła to samo. Zresztą
wykładzina w salonie była miękka i ciepła.
* * *
Ptak
był zadowolony. Po raz pierwszy od długiego czasu czuł, że to co robi
ma sens, ba, miał pewność, że jest to coś najważniejszego od czasu,
kiedy zdecydował się na ślub z Marią. Zaprowadził kobietę do większego
pokoju i pokazał jej rozkład domu. Jeszcze wcześniej ustalili, że Milka
zamieszka w średnim pokoju, tym od zachodu, z zielonymi tapetami.
Zauważył, że kobieta jest schludna i stara się dbać o czystość. Zdjęła
buty i położyła je równo na sizalowej wycieraczce. Nie chciała pantofli,
twierdząc, że wykładzina jest ciepła. Nie miała też ochoty na kolację,
wymawiając się zmęczeniem. Rozmawiali o podróży. Dopiero po jakimś
kwadransie zapytała o Marię.
- Maria prowadzi biuro podróży. Ma obowiązek sprawdzać jakość hoteli do
których wysyłamy gości. Teraz jest na Cyprze. Wróci w poniedziałek. –
powiedział
- Twoja
żona ma szczęście – zawsze chciałam dużo zwiedzać – zamyśliła się. –
nigdy nie byłam na Cyprze. Widziałam w telewizji, że tam są same białe
domy – ucięła szybko jakby zorientowała się że powiedziała coś głupiego.
-
hahaha – nie martw się, ja też nie byłem – Ptak był coraz bardziej
rozluźniony – jak będzie po wszystkim - poproszę żonę żeby załatwiła Ci
tam wczasy. Oczywiście, jak będziesz chciała polecieć.
-
zobaczymy – nadal była ostrożna – wolałabym zaoszczędzić te pieniądze.
Będę miała inne wydatki. – mam rozumieć, że do poniedziałku mam być
gotowa? Chyba nie będę jeszcze mogła…
-
nie, spokojnie! – zaśmiał się - Odpocznij, zobaczysz moją żonę, w końcu
to ona wymyśliła to wszystko, pogadacie jak kobieta z kobietą, poznamy
się bliżej. Nic na siłę.
-
jasne, nic na siłę – poczuł jak zesztywniała, czyżby pomyślała, że chce
się wycofać? Że nie spełnia jego oczekiwań? Może myśli, że wyobrażał
sobie, że przyjedzie zupełnie inna dziewczyna z zadbanymi dłońmi,
uśmiechnięta i rozluźniona? Poczuł jakiś rodzaj współczucia, takiej
zwyczajnej ludzkiej solidarności z tą prostą kobietą, która przyjechała
ponad tysiąc kilometrów, żeby oddać obcym ludziom kawałek siebie, kilka
miesięcy swojego życia, oddać coś co było dla nich cholernie ważne,
najważniejsze na świecie za co zapłaciliby każde pieniądze. Zupełnie
odruchowo nachylił się nad nią i przytulił.
- Nie martw się z mojej strony jest ok. Naprawdę.
- hm…. Dziękuję… to dobrze.
Zupełnie
nie spodziewała się tego gestu. Zresztą sam nie spodziewał się że tak
zareaguje. Podświadomie czuł że powinien tak zrobić, a z drugiej strony
gdzieś tam w głębi mózgu zapaliła się mała czerwona lampka, błysnęła
króciutko i zgasła ale zapamiętał ten błysk i pomyślał, że musi bardziej
panować nad sobą, bo to może okazać się trudniejsze niż sobie wymyślił.
I, że Maria by tego nie pochwaliła.
Była tak zmęczona, że gdy pokazywał jej pokój prawie słaniała się na
nogach. Zauważył że w jakiś sposób była podobna do Marii, szczególnie
wtedy, gdy pochylała głowę, i rozrzucała palcami włosy. Wkładała dłoń
wtedy tuz za uchem, w miejscu, gdzie linia szyi schodziła się z
policzkiem. Zupełnie jak Maria. Właściwie to jakby tak się dłużej
zastanowił, to może dostrzegłby również tak samo drobne stopy i to
przeciągnięcie samogłosek, kiedy wymawiała jakieś dłuższe słowo. Ale
dla Ptaka liczyło się tylko to, że przyjechała, że dopiął swego, że
teraz już nigdy nie będzie tak samo jak dawniej. Nie będzie tej
denerwującej pustki. I wreszcie skończy się temat Teresy. Chociaż,
prawdę mówiąc, odkąd Maria wymyśliła tą całą historię z przyjazdem
Milki tamta sprawa ucichła. I dobrze.
Pokazał
jej rozkład domu, szafkę z ręcznikami w łazience i jak ma opuszczać
żaluzje w pokoju. Kiedy zamknęła drzwi, Ptak usłyszał że przekręciła w
zamku kluczyk. Złapał się na myśli, że był ciekaw czy to zrobi. Normalna
jest. Zupełnie normalna.
Znalazł w lodówce
resztkę soku i usiadł przy komputerze. Zamierzał jeszcze napisać parę
słów Marii, opowiedzieć jej o nowej lokatorce, o jej normalności i
brzydkich dłoniach, ale
Marii nie było na
scypie. Pewnie gdzieś podpisuje kolejny kontrakt z jakimś hotelarzem
-pomyślał. Nie, nie był zazdrosny. Zdążył się przyzwyczaić się, że
wyjeżdżała i że musiał na nią czekać. Kiedyś, gdy jeszcze pracował w
Orbitrexie, to ona czekała na niego. To „teraz” nawet nie było takie
złe. Nie musieli patrzeć na siebie w każda sobotę rano, kiedy wszyscy
znajomi pakowali rodzinne gromadki w swoje Vany i ciągnęli na dacze. Nie
musieli zastanawiać się, czy lepiej zabrać zielony czy niebieski koc i
koniecznie krem do opalania i całą górę pampersów dla najmłodszej
pociechy. Kiedyś sobota była dniem w którym mogli zostać w łóżku tylko
dla siebie. Później coraz częściej okazywało się, że tak naprawdę to nie
ma komu zostawać w tym łóżku. Jego ciągnęła nowa łódka lub narty a
Maria odsypiała całotygodniowe siedzenie przy komputerze. A potem
zaczęła się ta historia z Teresą. Właściwie to nawet się ucieszył, kiedy
powiedziała mu, że nowa praca jest związana z częstymi wyjazdami. W
jakiś sposób czuł się wszystkiemu winien. Przestało go też dręczyć, że
ich sobotnie przedpołudnia pozostawały wspomnieniem. Pocieszał się
tylko, że w sumie stanowili z Marią całkiem udany związek, w którym
jedno i drugie mogło mieć dużo czasu dla siebie. Ostatnio nawet
rozmawiał z Markiem, który zwierzał się, że już ma dosyć tego harmidru,
tego braku azylu od pracy i pozornego domu, w którym z każdego kąta
dolatywał ten sam, znany od lat zapach. Mówił też coś o nowej
dziewczynie z ich działu i ciągłych sprzeczkach z Magdą. Przebąknął
nawet o rozwodzie, ale tak bardziej dla żartu, bo Ptak doskonale
wiedział, że Marek – zupełnie jak on sam - jest wygodny i nigdy na żadne
ekstremalne rozwiązania nie pójdzie. Zresztą po co? Oboje z Magdą mieli
całkiem poukładane życie i całkiem sporo do stracenia. Jeszcze kilka
lat temu, kiedy oboje się dorabiali to może by coś z tego wyszło a teraz
to już musztarda po obiedzie. Ptak stwierdził wtedy, że pewnie znów
wybiorą wariant optymalny tzn, przez jakieś dwa, trzy miesiące kumpel
będzie miał ten męski błysk w oku, może nawet wymyśli jakiś wyjazd na
tydzień a Magda w tym czasie wyda jego półroczną pensję na pobyt w spa. A
potem oboje powrócą do siebie, tak jakby nigdy nic i nadal będą się
spotykali ze wszystkimi na sobotnim grillu. Zupełnie, jakby to była
uleczalna choroba, która dotykała po kolei ich wszystkich znajomych koło
czterdziestki. Coś w rodzaju wstydliwej różyczki, którą trzeba było
przejść aby potem mieć co wspominać w rozmowie z kumplami przy piwie.
Ptak na chwilę znów pomyślał o Teresie. To już chyba minął rok od tego
czasu? To wszystko stało się tak jakoś nagle, że do tej pory się nad
tym zastanawiał. Kolejny awans, perspektywa kilku tysięcy więcej na
koncie i nic nie znaczące spotkanie z dziewczyną odszukaną w Internecie.
Nie planował tego, właściwie można powiedzieć, że wyszło zupełnie samo,
mimowolnie i nawet nie wiadomo kiedy znaleźli się w jej łóżku. Może
gdyby wtedy nie wypił tej cholernej tequili do niczego by nie doszło…
Oszołomiła go nowością i zupełnie innym podejściem do życia. On z
powodzeniem wygrywał w peletonie szczurów ona medytowała wpatrując się w
dywan. Była buddystką. Śmiała się gdy opowiadał jej o swojej pracy, o
kumplach o nowym domu. Zadawała mu jakieś nierozwiązywalne zagadki i
dotykała włosami jego piersi kiedy leżał na plecach. Pamięta, że kiedyś
go zapytała czy lubi swój cień. Skoro lubi to czy się z nim rozstaje.
Denerwowały go takie pytania. On był jak zerojedynkowy komputer, na
podstawie wyuczonej wiedzy potrafił przewidzieć niestabilne wahanie
giełdy a dla niej ważny był cień! Ich romans był związkiem kamienia i
powietrza. Ale ciągnęła go ta nieprzewidywalność. Czuł się jak Alicja,
która nagle dowiedziała się o drugiej stronie lustra.
Maria
domyśliła się szybko. Najpierw próbował coś tłumaczyć, kręcić a potem
się przyznał. Nawet nie krzyczała. Powiedziała tylko, że od przyszłego
miesiąca pójdzie do innej pracy. I, że będzie często wyjeżdżać. Coś
między nimi pękło, rozsypało się na drobne jak samochodowa szyba w którą
ktoś uderzył kamieniem. A potem Teresa wyjechała do swojego miasta. Na
pożegnanie zostawiła mu zdjęcie swojego cienia zrobione aparatem z
komórki. Kilka megapikseli uchwyconych na elektronicznej matrycy.
Był
w pewnym sensie autystykiem, zawsze przyzwyczajał się do tego co wokół i
nawet przestawianie drobnych rzeczy sprawiało mu trudność. Lubił gdy
wszystko miało swoje miejsce. To zaczęło się jeszcze w dzieciństwie,
kiedy nie mógł zasnąć zanim nie poukładał wszystkich samochodzików na
swojej półce. Każdy miał swoje miejsce. Zupełnie spokojnie musiał wstać w
nocy i z zamkniętymi oczami poruszać się po swoim pokoju. Każdy jego
związek wyglądał podobnie. Dlatego wybrał Marię, bo była najbardziej
poukładaną dziewczyną na roku. Była jego odbiciem. Cholernie ambitną i
zawziętą Ukrainką. A do tego najładniejszą w całym akademiku. Niewiele o
niej wiedział. Właściwie tylko tyle, że jej rodzice zmarli jakiś czas
temu a ona sam pochodziła z niezbyt zamożnej prawniczej rodziny spod
Kijowa i studia w Polsce były dla niej jedynym oknem na świat. Po tej
sprawie z Teresą nie rozmawiali ze sobą prawie dwa tygodnie. A potem
sama przyszła do niego do łóżka i powiedziała, że się nie gniewa i że
wszystko przemyślała i mu wybacza. I, że znalazła już sobie pracę.
Kiedy
Marek opowiadał mu o swoich problemach z Magdą Ptak wtedy stwierdził w
sobie coś dziwnego, a mianowicie ogarnęła go myśl, że w przeciwieństwie
do Marka lubi swój dom i że w jakiś sposób, ma cholerne szczęście, że
jest z Marią. Ba, nawet myślenie o tym fakcie sprawiło mu przyjemność.
Powiedział o tym Markowi a ten z grubej rury wypalił –
Stary,
a ty jesteś pewien, że właśnie w tej chwili kiedy tu siedzimy to twoja
żona nie zabawia się z jakimś przystojnym Cypryjczykiem w jednym z tych
czterogwiazdkowych hoteli na wyspie? Ptak oburzył się, ale wtedy też po
raz pierwszy , poczuł swego rodzaju niepokój. Nie, nie chodziło o
Marię, wiedział, że jest taka sama jak on i za nic nie wyrzeknie się
swojego ulubionego zielonego saloniku z kominkiem i innych nie mniej
ważnych rzeczy, na które zarobił swoim zero-jedynkowym mózgiem. Ale
jednak coś w nim zakiełkowało jakaś myśl w rodzaju tych - co byłoby
gdyby Maria odeszła do innego mężczyzny? W pewnym sensie ją też
traktował jak położony na właściwym miejscu samochodzik z dziecinnego
pokoju. Nie chciałby się kiedykolwiek obudzić z przeświadczeniem że
miejsce po tym samochodziku jest zimne i puste. Wtedy też po raz
pierwszy pomyślał poważnie o rzuconym kiedyś przez Marię pomyśle z
dzieckiem. Może to byłoby jakieś zabezpieczenie? Rozwiązanie?
W prawym rogu komputera zamigotała zielona ikonka skypea. Maria miała kilka minut spokoju.
- ja
ciebie też – Ptak zaczął od ich starego powitania, które zarazem mogło
być pożegnaniem w czułej małżeńskiej pogawędce. Zawsze tak się witali,
odkąd pamiętał. Nieraz wzbudzał tym ciekawość we wścibskich sekretarkach
wietrzących jakiś romans szefa.
- Jaka jest? -Maria nie miała zbyt wiele czasu na rozmowę – podobna do mnie trochę?
- Tak
sobie, chociaż można powiedzieć, że ma z Tobą wiele wspólnego – Ptak
ważył słowa. Nie chciał, żeby żona odebrała, że Milka jest podobna, ba,
nawet cholernie podobna i do tego ma tę przewagę, że w każdej chwili
może urodzić normalne, zdrowe dziecko. To byłoby poniżej pasa.
- To dobrze. Pokazałeś jej pokój? Zmęczona po podróży?
- Jasne, śpi jakby przyjechała z Ukrainy – zaśmiał się w mikrofon. - kiedy wracasz?
- Jeszcze nie wiem, trochę mi się tu przedłuża, postaram się być w poniedziałek.
- Wolałbym,
żebyś już była. Jak tak dłużej tam posiedzisz to nie wiem czy wytrzymam
widząc samotną dziewczynę w moim domu. A wtedy pewnie będę musiał jej
dopłacać hahahaha
- nie
wygłupiaj się, w poniedziałek będę. Wytrzymaj. - zobaczył w kamerze jak
się skrzywiła, ale za chwilę powróciła do dawnego tonu. - pamiętaj,
żeby ją dobrze karmić!
- Jasne, dam jej swoje klucze od lodówki. A ja pójdę do Marka. Może wyskoczymy na jakieś piwo i pizzę?
- Ani
mi się waż! Potem będziesz cuchnął jak stary browar i zaśniesz zanim
skończysz! -śmiała się na dobre.- wstydu mi narobisz przed rodaczką!
- No już dobrze, dobrze, zawołam Marka do siebie, pomoże w razie czego.
- Już
Marka to Ty do tego nie mieszaj! Lepiej sprawdź czy położyłeś czyste
ręczniki i program jakiś rosyjskojęzyczny ustaw. Aha i sprawdź
skrzynkę. Powinni mi coś przysłać z firmy. To ważne.
- Tak jest! Już biorę latarkę i wykonuję rozkaz.
- Nie wygłupiaj się, muszę już iść, mam jeszcze trochę pracy.
- ok. Kochasz?
- Sama nie wiem, jeszcze się zastanowię. Póki co jestem z tobą z przyzwyczajenia. I oczywiście dla dobra dziecka. Pa.
Cała
Maria. Konkretna i zarazem niesamowicie inteligentna – pomyślał. A
swoją drogą dawno już nie rozmawiali ze sobą w ten sposób. Rzeczywiście z
tym dzieckiem to był świetny pomysł. Już dawno powinni coś z tym
zrobić. Maria nigdy nie przepadała za dziećmi. Wcześniej Ptakowi
wydawało im się, że dziecko w małżeństwie jest tylko kwestią czasu. A
potem przytrafiło się nieszczęście. Przy okazji jakiś bardziej
szczegółowych badań wykryto u Marii mutację genu BRCA1/2. Ten gen kiedyś
zabił jej matkę i babkę. A właściwie nie on sam tylko wywołany przez
niego nowotwór. To był dla nich obojga grom z jasnego nieba. Maria nawet
przez krótki czas próbowała walczyć, jeździli do różnych specjalistów
ale diagnoza była jednoznaczna, wszyscy zalecali jak najszybsze
usunięcie jajników i żadnych szans na dzieci. Wtedy jakoś to przeżyli.
Pocieszali się, że dzieci to jedynie kupa rozwrzeszczanych pieluch i
tak naprawdę to wcale nie są takimi nieszczęśnikami, maja siebie i
perspektywy na całkiem fajne życie. Pewnie, że gdzieś tam, w głębi duszy
Ptak czuł że czegoś nie zdobędzie, czegoś się nie da ułożyć na półeczce
z samochodzikami. nie będzie tak jak w innych rodzinach. Ale wtedy
mieli po trzydzieści lat i wszystko inne wydawało się równie ważne.
Przypomniał sobie twarz Marii wtedy, gdy wróciła po zabiegu z kliniki.
Miała usta zaciśnięte jak zawsze gdy o coś walczyła. Wymachiwała jakimś
świstkiem i krzyczała - a nie mówiłam, nie mówiłam, że nie będziemy
mieli dzieci!? Uspokajał ją i przytulał. Tak jak przytula się małą
dziewczynkę, która bardzo się starała i pierwszy raz upiekła w tajemnicy
przed mamą ciasto ale żeby lepiej wyszło wsypała pełne opakowanie
proszku do pieczenia. Nigdy więcej nie wspominali tego wieczoru. Tkwił
on gdzieś w nich jak zakleszczona grudka. Kamyk.
Robert Miniak