Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Małecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Małecki. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 sierpnia 2023

Wieczór autorski Marcina Małeckiego - fotorelacja

 



Kiedy w PPG słyszymy Martinez, wiadomo, że chodzi o Marcina Małeckiego. Nick jeszcze z Poezji Polskiej, gdzie publikowało wielu PPG-owców. Spotkanie w ramach XXV Zjazdu prowadził Jarosław Trześniewski-Kwiecień.Nie mógł nie rozpocząć od przedstawienia osobistej historii Marcina. Otóż łączy się ona z ciężkim przebiegiem choroby covid-19, na którą Marcin Małecki zapadł w 2019 roku. Przez trzy miesiące przebywał w śpiączce i otarł się o śmierć. Wybudzony musiał przejść długą i uciążliwą rehabilitację. Zanim przyszła choroba, Małecki miał już gotowy tomik „Na aucie”(wyd.MK, red. Jarosław Jabrzemski), do którego blurb miał napisać Trześniewski-Kwiecień. Blurb powstał, Trześniewski zauważył w nim „mozolną symfonię rzeczy i osób wplecioną w mini przypowieści, niezwykłą elastyczność języka, zanurzenie w historii, miejscami czarny humor, ironię i sarkazm”. Jak twierdzi Trześniewski, Marcin Małecki dowierza swojemu poetyckiemu słuchowi, jest odrębny, autentyczny. Mieliśmy się o tym przekonać, słuchając wierszy.

Trześniewski zapytał, dlaczego Marcin wszystkie wiersze (wersy) rozpoczyna wielką literą. Na co padła odpowiedź: - Poezja nie może być jednoznaczna, nie może domykać sensów Zaczynanie wierszy z dużej litery w pewnym sensie ukrywa frazę, która jest do odkrycia przez czytelnika, przekomarza się z czytelnikiem, pozwala mu samemu odnaleźć, gdzie są pauzy bez dopowiadania, bez oczywistości.

W poezji Marcina Małeckiego jest wiele odwołań do kodów kulturowych, przez co wiersze są bardziej zagęszczone. Zarówno w tomie „Na aucie”, jak i w pocovidowym „Czas (d)rani” jest dużo  wierszy o śmierci ujętej w różny sposób, chociaż ten pierwszy tom jeszcze nie wróżył, jak bardzo można się z nią zetknąć.

W obu tomach, jak mówi Trześniewski, można usłyszeć – matrioszki dźwięków, chichot historii.

Wiersze Małeckiego intrygują, zaskakują, zmuszają do myślenia. Mnie osobiście poraziły „owocowe” metafory: „kobieta o imieniu eksplodującym w pestce brzoskwini”; „śmierć ma zapach pomarańczy”; „pękające winogrona płuc”; „pestki truskawek skubane z dywanu”…

 

 Agnieszka Jarzębowska

 

 

 





























 

fot. Grzegorz Wołoszyn

 

 

Pensjonat angloAGROTURYSTYKA
  Olszanka 54,  23-465 Turobin

 

 

czwartek, 27 lipca 2023

Marcin Małecki - Fala cz. 2

 

 

 

IV

 

 

Znów pomylili leki. Wołam za owiniętą w biel postacią w goglach.

-       Przecież dostaliście wszystko napisane. Pregabalina 150 dwa razy dziennie i mirtor 30 NIE RANO.

-       Pan pokaże. No nie wiem. Widać tak jest w zleceniach.

-       No to jest źle w zleceniach. Co za burdel tam macie, że nawet leków nie potraficie dać prawidłowo. A nad leczeniem na wirusa myślicie? Da mi lekarz amantadynę?

-       To już musi pan z lekarzem rozmawiać.

-       No ale lekarz tu nie przychodzi. Wczoraj go nie było. A czas ucieka!

-       Mogę przekazać co pan mówi.

-       To bardzo proszę. I niech ktoś do mnie przyjdzie. Bo tak to zwykłą umieralnię tu robicie. Ludzie pod tlenem i tyle. To żadne leczenie.

-       Tlenu proszę nie zdejmować. To ważne. Ma pan saturację 94.

Wychodzi. Zgarbiony jakby. Może to ciężar kombinezonu albo nałożonej czyśćcowej kary. Jestem na Goszczyńskiego. Nowo otwarty oddział covidowy. To dlatego w środku nocy jak mnie przyjmowali widać było tylko beton. Zimny beton i białe przepierzenia. Stolik na środku bunkra. “Pan wypełni.” Rzeczy w foliowy worek do trupów. Ziąb. Pielęgniarz chucha w dłonie.

Potem oddział. Lekarka tłumaczy, że wyjątkowo bo nie ma miejsc. To dlatego staliśmy karetką godzinę. Kierowca nie chciał ruszyć choć go odganiali. Drugi pielęgniarz wydzwaniał. Z uporem. “To dobry szpital. Nowy. Jak nie wezmą to do Rzeszowa albo gdzieś. Nie chciałby pan.”

Jest sala. Trzy łóżka. Dwóch dziarskich facetów pod tlenem. Jeden biznesmen. Lakierki ładnie ustawione przy szafce. Zrzucam worek pod kaloryfer. Mam swoje leki. Witaminy, witaminy… i czosnek i owoce. Arsenał do walki. Choć raczej to szarża ułanów na niemieckie czołgi. Honor i odwaga. I nieuchronna porażka. “Cicho. Przestań truć mi mózg tymi myślami”.

To drugi dzień i czwarty raz pomylili leki. Co za burdel tam mają. Czytam o Amantadynie. Podesłała mi to Chylińska. Cudowny lek. Niech się zepną i dadzą. Od czego tu są.

Wieczorem zmieniam rurkę w nosie na worek przy ustach bo gorzej. Mam z tym spać, z takim nadymającym się workiem? Wraca temperatura. Dają kroplówkę z paracetamolem. “Gówno nie leczenie.” Gram w coś na laptopie. Staram się nie myśleć. Jednak laptop męczy. “Zjedz pomarańczę i idź spać. Sen leczy.” Przypomina mi się wyobrażenie z młodości. Rodzaj snu: Jestem ciężko chory. Przy łóżku rodzina. Zostało mi kilka tygodni życia. To coś w rodzaju raka. Choć we śnie nie ma jasności. Uruchamiam autosugestię. Kontrolowane placebo. Codziennie po dwie godziny medytuję myśląc o zdrowieniu. Lekarze są zszokowani. “Jak to możliwe, że się panu tak to cofnęło.”

Odłożyć laptopa. Zjeść owoc. I myśleć. W myśleniu walczyć. To jedyne co teraz mogę.

 

V

 

To… chyba szafki, te takie pomarańczowe kwadraty. Wpatruję się w nie z uporem. Próbuję rozpoznać. Mrużę oczy.  “Cholerne minus półtora w oczach…” Mają takie otoczki z granatu. Czy to się otwiera? I jeszcze ten srebrzysty przedmiot. Wielkości wąskiej szafki. To jakaś maszyna? Tam się coś wkłada? Gdzie jest otwarcie? Chodzą wzdłuż szafek pielęgniarki. Próbuję przyuważyć, aż użyją…

Drugim fascynującym polem jest podzielony na państwa sufit. Znam go zbyt dobrze. Tam może być morze albo wielkie jezioro jak w Kanadzie. Bliżej zwyczajny obrys państwa przed pokolorowaniem. Rzeka. To po lewej. Trochę nudna ta mapa. Choć myślę, że rzeka… Tak rzeka budzi wyobrażenia. Jest raczej jak Amazonka. Muszą tam rosnąć drzewa. Też białe. Wiszą liany z białego papieru. Białe krokodyle suną wzbudzając mleczny nurt.

Budzę się. Znów szafki. Pomarańcz wysokiej próby. Ktoś pomyślał. Dobrał ten kolor by budził głębokie zainteresowanie u tych, których jedynym ruchem jest lekkie skręcenie głowy.

Podchodzi kobieta w kitlu. “Dusz no mi” Mówię rybimi ustami. Nie zwraca uwagi. Podłącza strzykawkę do rurki idącej przez nos. Coś wstrzykuje. W żołądku robi się chłodno.

-       Du sze… się - mówię ustami ryby, najwyraźniej jak umiem. Podnoszę dłonie.

-       Niech pan mi nie wierzga bo rurkę pan wyrwie. - Strzykawka się kończy. Kobieta odwraca się na pięcie. Udaje mi się ją zahaczyć lewą ręką. Chwyt jest zbyt słaby ześlizguje się. Odwraca się do mnie.

-       Du szę…. się. Du - szę… - próbuję rękami pokazać w dół i w górę jak chodzą płuca, ale tylko wychodzi mi niezborny ruch.

-       Co się pan tak denerwuje?  Wszystko jest dobrze. Ma pan 98 saturacji.

Dotykam dłońmi rurki. Pokazuję, że to ona. Przeszkadza.

-       Chce pan, żeby wyjąć?

-       Taaa k.

-       Proszę bardzo. - Uśmiecha się ironicznie. Ciągnie za rurkę. Czuję jakby wyjmowano ze mnie Obcego. Po czym wpycha do gardła inną cieńszą rurkę. Odwraca się zadowolona. Odchodzi.

Walczę o wdech. Ta rurka jest znacznie cieńsza. Wdech zajmuje długie sekundy. Wydech. Mięśnie płuc męczą się. Zostawiła mnie. Mam łzy w kącikach oczu. Wdech. Jak zawołać. Jak zawołać kogoś innego. Czy jest sens? To ci z PiSu. Udają terapię a znęcają się.

-       Co się stało? - pyta tamtą jedna z grupki stojących przy dyżurce.

-       A nie wiem. Nerwowy jakiś. - obrusza się ta moja.

 

VI

 

Ciężka noc. Pocenie się i zimno zarazem. Walka jak w moim śnie o raku. Dobrze, że jest rano. Maska z workiem pomaga. Jestem tłusty od potu. Gacie mam wilgotne. Do łazienki jest trzy kroki. Muszę się umyć. Tak oblepiony nie dam rady siedzieć. Zdejmuję maskę. Gdy dochodzę do łazienki opadam na stołek. Mam mroczki przed oczami. “O kurwa. Dam radę? Rozebrać się i na stojąco pod prysznicem?” Zdejmuję górę od piżamy. Ciężko jest, nad sobą powiesić. Ręce słabe. Zsuwam spodnie. Odpoczynek. Najgorzej ze skarpetkami. Nie. Umyję się na siedząco. Dam radę przestawić taboret. Wstaję trzymając się ściany. Powietrze łapię jak wyciągnięta z wody ryba. Chwieję się. To dopiero początek całej operacji. Wiotką ręką przestawiam taboret. Opadam z impetem. “Asz, kurwa. Zapomniałem sięgnąć do mydła.” Siedzę chwilę. Ciemno trochę. Jednak ten worek… pomagał. Cholera. “No i chuj. I co teraz? I jak zlecisz z tego stołka to przez parę godzin cię nawet nie znajdą.” Od siedzenia w podparciu robi się trochę lepiej. “Powinien tu być tlen do kurwy… w łazience, a nie tak.”

“Ale” - to drugi głos - “to chyba znaczy, że jest źle. Nie jest dobrze. Ale przecież całą noc walczyłem. Umysł ma siłę. Musi mieć siłę. Bo jak nie umysł to co? Nic tu więcej nie ma. Żadnych narzędzi do walki.” Siedzę tak, ale siedzenie bez tlenu na taborecie jest bez sensu. Albo w jedną albo w drugą. “Dobra. Trzy głębokie wdechy i… sięgam po mydło. Raz. Dwa. Trzy…” Opadam znów na taboret. Polanie się wodą nie jest takie trudne. Namydlam się. Pilnuję żeby nie wypuścić mydła z wiotkiej dłoni. Jak poleci w kąt to dupa, stracone. Znów polewam się. Udaje mi się nawet unieść nieco pośladki żeby woda dostała się pod nie. Skończyłem. To znaczy nie. Oddycham jak po maratonie. Czarno przed oczami, a jestem mokry. Zadzwonić? Mogę przecież zadzwonić po pielęgniarkę. Jest tu gdzieś sznurek. Użycie ręcznika jest trudne wymaga pracy. Kto się nie dusił ten nie wie. Ten nie rozdziela czynności na poziom zapotrzebowania tlenu. Polewanie wodą poziom dwa. Wieszanie piżamy nad głową poziom trzy. Użycie ręcznika, tarcie nim, a nawet uniesienie się by wytrzeć pośladki… poziom osiem lub dziewięć. Myśli szaleją. “Czy skala ta jest logarytmiczna? Czy jest jak z trzęsieniami ziemi? Zamknij się. Myśl. Wycierasz się czy dzwonisz?” Sięgam po ręcznik. “Ni chuja nie zadzwonię. Nie jestem aż taki chory… nie jestem aż taki…” Na stojąco można zsunąć ręcznik przy plecach i on sam otrze się o tyłek. Unikasz pocierania - poziom siedem. Ubieram się jakoś. Wstaję. Teraz trzy kroki pustyni. Trzy kroki bez podpórki i bez tlenu. Potem już łóżko. Wygrałem. Drżącymi rękami zakładam maskę. Jak najszybciej. Siedzę zgarbiony. Wdech, wydech. Wdech, wydech.

 

VI

 

Jeżdżę na nartach. Śnieg jest zimny, perlisty i ostry. Słychać jak pęka pod krawędziami nart. Zatrzymuję się. Wdycham powietrze przez nos. Kłuje lekko w płuca. Norweskie fiordy dookoła zamykają perspektywę. W oddali srebrzy się morze północne. Jeszcze jeden wdech. Pełny. Zakładam czapkę. Do rękawiczek przylepił się śnieg. Zjazd do fińskiego domku zajmuje około godziny. Po drodze próbuję jazdy tyłem. Łapię dobry kąt nart gdy skręcam w lewą stronę. Prawa ciągle mnie wyrzuca. To frajda. Lubię tak próbować.

Z domku wybiegają dwa psy. Jeden to setter. Drugi mały kundel. Biegnie do mnie tańcząc na tylnych łapkach. Tak ma. Jak się cieszy to chodzi na tylnych nogach. A cieszy się nieustannie. eL i Zet siedzą w głębokich pufach. Grają na konsoli. Lubię ten pocałunek na powitanie. Coś pomiędzy przyjaźnią a miłością. Robię kawę i wyjmuję z lodówki trzy niebieskie kulki. Niebieskie kulki pozwalają odlecieć do pierwszego obszaru, do pierwszej sfery. Bierzemy kulki popite kawą i po chwili nurkujemy w błękitny wir. Ściany pomieszczenia są jak z balonowej gumy. Kolory przesuwają się. Fioletowe, czerwone i bordowe plamy jak z magicznej lampy olejowej. Łapiemy się za ręce. Dajemy nura do drugiej sfery. Tam pełno tornad z czerwieni. Wokół wirów latają niebieskie kulki jakby zachęcając by łyknąć ich więcej.

-       Nie idź dalej - mówi eL

-       Chcę je tylko polizać.

Podlatuję do wirujących tabletek. Prąd jest silny wsysa mnie do wiru. Muszę się starać, walczyć wręcz by utrzymać się w tej sferze.

-       Nie nurkuj Martine! - krzyczy Zet. - Martine nie nurkuj!

-       My zostajemy!

Głośno tu. Ledwo je słyszę. Wir nęci. Wejście do trzeciej sfery to wyzwanie. Tam się rozmywasz. Trzeba dużo zacięcia i silnej woli by dać sobie radę. Nurkuję jednak. Robi się mdło, zawiesiście. Powietrze wokół wypełnia różowa mgła. Nie widzę ścian pomieszczenia. A może to już bezpomieszczeniowa przestrzeń? Niedobrze. W pomieszczeniach bezpieczniej. Na zewnątrz źle. Zgubisz drogę i możesz nigdy się nie odnaleźć. Wpaść w nicość jak Szninkiel w białą pustkę. Dolatuję do czegoś w rodzaju ściany. Jest miękkie jak stygnący budyń. Znów w myślach, w sobie w kręgosłupie, w żołądku wzbudzam ten rodzaj siły, który pozwala mi się tu nie rozpłynąć. Może by warto już zacząć wychodzić do góry? Ku pierwszym sferom? W tę miękką nie-ścianę zanużyła mi się dłoń. Aż po łokieć. Noga też wpada. Przez chwilę chcę zostać w tej sferze, ale na moment, na ułamek przychodzi mi myśl by nie walczyć. Mogę przecież nie starać się choć raz. Odpuścić. Taka małość jest dobra. Bezpieczna. Daje ulgę.

Wpadam więc głębiej, a tam mgła jakby rzadsza. Przestrzeń. Są żyły wirów. Łączą się, jedne przechodzą w drugie. Tworzą wielopoziomowe struktury jak żyły materii w gromadach galaktyk. To tu wpadają ludzie - to wiem - co dali się tak głęboko wciągnąć. Gdybym bardzo poszukał powinienem ich zobaczyć. Lecz przestrzeń ta jest wielka. Szansa na spotkanie mała. Coś mnie bierze jednak, jakaś irytacja. Skupiam się w sobie i zmuszam. Chcę wrócić. Wylecieć na zewnątrz do poprzedniej sfery. To imperatyw, konieczność, moc w środku. Zdaję sobie nagle sprawę, że jest to jak wyjść z naszej czterowymiarowej przestrzeni, poza wszechświat, w nadwymiar. Nie ważne gdzie polecę. Tam będzie ciągle TA przestrzeń. Wyjść trzeba z siebie, na zewnątrz. W nad, nad wymiar. Ale gdzie? Jak? Jak to zrobić? Wpadać w głąb było łatwo, a teraz chcę wyjść i nie wiem jak.

Zaglądam pod siebie, jakby między nogi. Zawijam się jakbym nurkował w basenie. Zamykam oczy. Chodzi o chęć. Wychodzenie w nad-sferę to stan umysłu. Czuję przeciskanie. Wyciągam ręce do przodu i ściągam jakbym płynął żabką. Jestem. Jestem wyżej. Tu pokój. Jak u Frodo. Okrągłe okienka. Fajnie tu. Można by zostać. Mała ławeczka z drewna kusi. Może odpocznę, usiądę. “Nie rób tego. To pułapka. Zostaniesz tu i co.” “I nic. Posiedzę. Co się czepiasz.” “Do góry. Chciałeś iść do góry.” Szukam sposobu. To nie takie proste. Musisz wyjść do nad-wszechświata. Raz mogło się udać ale tu? Tu jakby wszystko zbyt stabilne, zbyt realne. Zamykam oczy. Wyciągam ręce. Nie. Rozgarniam tylko powietrze. “Skup się. Nad-wszechświat to stan umysłu. Chcesz się przecież obudzić.” Otwieram oczy. Sposób! Sposób otwarcia oczu się liczy! Jestem w fińskim domku. Obok eL i Zet. Przytulają się. Pauza na monitorze z gry na konsoli bije po oczach. Nie jesteśmy trójkątem, ale lubię. Lubię ten sposób przytulenia. Pomiędzy przyjaźnią a parą. Całuję w czoło eL.

-       Dziewczyny - mówię - jedziemy do mnie.

Pakujemy się. To mały samochód, ale z paką z tyłu. Jest nas dlaczegoś więcej. Niby znam tych ludzi ale jakbym ich nie znał. Cała banda w samochodzie. I psy. Przejeżdżamy do Polski. Nie wiem jak. Przez Szwecję i dalej od rosyjskiej strony. Może zbudowali most?

W warszawie, w nocy, już niedaleko od mojego osiedla utykamy na polach. Samochód zakopuje się w błocie. Podjeżdża policja. Ich samochód jest lekki. Niemal nie dotyka ziemi.

-       Paszport i dokumenty wozu proszę.

Skąd wiedzieli? Przecież my już w Warszawie. Może śledzili? Przeszywa mnie ukłucie lęku. A jak znaleźli mój blog? Minuty mijają. Siedzą tam w tym oświetlonym wozie. Coś kombinują. My w swoim, osiadłym w błocie. Wreszcie jeden z nich podchodzi. Oddaje dokumenty. Nie żegnając się zawraca na pięcie. Odjeżdżają. Uff. Co za ulga. Wypychamy samochód z błota. Stoję po pas w kałuży i pcham. Kiedy tu się zrobiło takie bagno? Wreszcie szorując o wysoką na półtora metra trawę turlamy się w kierunku bloków.

Zmęczeni zalegamy pokotem w mieszkaniu na jedenastym piętrze. To moje mieszkanie z dzieciństwa. Stoi teraz puste. Rodziców nie ma. Przechodzę nad ludźmi śpiącymi w przedpokoju. Tylko ja mam broń. Dobry, sześciostrzałowy Colt. Pod blok podjeżdża policja. Cholera. Mają nas! A więc jednak, wiedzieli! Strzelam przez okno z klatki schodowej. Małe ludziki w dole uciekają w popłochu. Podjeżdża suka i dwa jeszcze osobowe. Wysypują się. Strzelam. Chowają się za samochody. Dobra moja. Nie wejdą tu. Za bardzo się boją. Strzelanina chwilę trwa. Cela to oni nie mają. Albo może trudno jest celować tak z dołu. Sytuacja osiąga stan pata. Suka odjeżdża. Dwa osobowe też. Ha! To się nazywa odpowiedź. Jestem z siebie dumny. Wracam do mieszkania. Zamykam drzwi na klucz. Ludzie jakby lekko przebudzeni, zdziwieni hałasami podnoszą głowy. Za mną biega suka, ta mała na dwóch tylnych nóżkach. Wygląda jakby ciągle o coś prosiła, a tylko się cieszy. Znajduję sobie dobre miejsce w dużym pokoju. Kładę się spać.

 

piątek, 14 lipca 2023

Marcin Małecki - Fala ( część I )

 

 

 

I

Otwieram oczy. Światło jarzeniowych lamp jest zimne. Niemal martwe. Ktoś mówi. Jaraszek. Trzyma moją dłoń całuje.

-       Nie jesteś już na Goszczyńskiego kochany. Jesteś na Płockiej.

-       “Na jakiej płockiej” - chcę to powiedzieć, ale dźwięk nie wydobywa się i ruszam ustami jak ryba. Tonę w przejrzystym powietrzu. Noga. Prawa noga bardzo boli. Nie mogę jej unieść.

-       Nic nie mów. Masz rurkę w krtani i nie możesz mówić. - znów całuje.

Myślę chwilę co zrobić. Nie interesuje mnie teraz gdzie jestem. Wiem że byłem chory. Jestem w jakimś szpitalu. Chcę się pozbyć bólu. Wiem, mam świadomość, że jak ona sobie pójdzie to tak zostanie. Będzie bolało.

-       No-ga. Pod-nieś-mi-no-gę - mówię powoli tak by usta układały się w wyraźne sylaby.

-       Co kochany?

-       Pod-nieś-mi-no-gę.

Patrzy na mnie nie rozumiejąc.

-       Po-co-ci-co? - Wpatruje się w moje usta.

-       Boli - podpowiada przechodzący pielęgniarz. - Pewnie coś boli.

Nie wiem czy cieszyć się tej podpowiedzi czy irytować. Z resztą zawinął się i poszedł jakby nie chciał przeszkadzać w intymnej rozmowie.

-       Tak? Boli cię?

-       Ta-k

-       Co cię boli? Głowa? Brzuch? Ręka?

-       No-ga.

-       Gło-wa? - Kręcę zirytowany głową. - Przecież mówię wyraźnie. Bardziej otwarcie układać sylab już się nie da. Bezsensowna niemoc. Wzdycham. Patrzę na nią intensywnie. Nasze oczy spotykają się.

-       Nie głowa? Poczekaj spokojnie. Dojdziemy do tego. Jeszcze raz. Brzuch? - Kręcę głową - Ta ręka? Druga ręka? Noga? Noga!? Uf. Noga cię boli. Dobrze kochany co zrobić? Dać ci leki?

-       Dostał już przeciwbólowe - mówi zaczepiony pielęgniarz.

-       Ale… może coś jeszcze dać?

-       Musi pani porozmawiać z lekarzem.

-       Poczekaj kochany, pójdę.

Kręcę głową, jak paralityk.

-       Nie? Nie chcesz przeciwbólowego?

-       Po-dnieś-mi-no-gę.

Patrzy.

-       Poczekaj powoli. Po? Pierwsza sylaba po? - mrugam na tak - druga? Jaka? Mecz?? Co? Kurcze kochany nie wiem.

Macham ręką. Staram się ułożyć palce jak do trzymania długopisu. Mały i serdeczny nie słuchają się. Odstają.

-       Chcesz to napisać? Tak? Zaraz poczekaj. - Grzebie w plecaku. Po chwili wyjmuje duży zeszyt i długopis. Wkłada mi długopis w dłoń. Ten wypada. Nie trzyma się.

Uparcie próbuję. Pokazuję, że jeszcze i jeszcze. Wreszcie zamyka mi palce i jakoś długopis siedzi. Przykładam dłoń do kartki. Cholera. Ona trzyma nie pod tym kątem. Tak jest trudno. Jak jej powiedzieć. Zmień kąt. A poza tym do góry nogami… długopis wypisze się.

Próbuję. Pierwsza kreska. Ręka leci w dół. Próbuję zawinąć, zrobić literę. Powstaje rozpaczliwy zawijas. Niczego nie przypomina. Próbuję jeszcze raz. Nie ten kąt. Tak jest trudno muszę unosić całe przedramię. “Zobacz, przecież nie mogę przytknąć dłoni do kartki!” Ręka chwieje się jakbym sterował dźwigarem z opóźnioną reakcją. Komenda, chwila przerwy, reakcja - też niezbyt wierna, pijana jakby. Znów zawijas jakaś pętelka i nic, żadnej litery. Ruchy są duże bezwładne. Nie zmieszczę słowa na kartce. Nie napiszę nawet litery. Długopis przekrzywia się tak, że gdy dotykam znów kartki wypada z dłoni i spada na podłogę.

Kurwa. Noga boli. Niech mi ją podniosą. Jest strasznie, strasznie niewygodnie. Mam łzy w oczach. Nie myślę teraz co się stało. Gdzie jestem. Dlaczego. Jaki szpital. Kiedy. Ważna jest ta noga.

Wskazuję ręką w sufit.

-       Pod-nieś. Pod-nieś. No-gę.

-       Powiesić coś? Nad tobą? - Kręcę głową. Usta mi drżą. Oczy robią się wilgotne. - Poczekaj inaczej. - Przekłada kartkę w zeszycie A4. Pisze duże litery w rzędach.

-       Zrobimy tak. Będę pokazywała litery. Najpierw pytanie o rząd a potem o literę. Jak mrugniesz to znaczy, że ta litera jest w tym rzędzie tak? - Mrugam na tak.

Pokazuje pierwszy rząd. Mam szeroko otwarte oczy. Czeka. Po co tak długo. Ok. Następny rząd. Znów patrzę, nie mrugam. Wreszcie jest rząd z “P” mrugam. Znajdujemy “P”. Potem “O”. Potem mylę się bo przechodzi z rzędu do rzędu za szybko i “D” powinno być w poprzednim rzędzie. Co teraz? Ona przekonana, że to właściwy rząd pokazuje kolejno litery. Nie mrugam. Przechodzimy cały rząd. Nic. Nie mrugam. Może się domyśli.

-       Kochanie nie wiem czy mrugałeś. Jeszcze raz….

Kurwa i jak jej powiedzieć? Pokaż poprzedni rząd.Jak powiedzieć proste zdanie. Czy tak teraz będzie. Dlaczego nie mogę mówić. Po co ta rurka w krtani? Dlaczego ręka… jak pijana. Koślawa. Nie moja. Noga. Tak niewygodnie. Boli pod kolanem.

Trzeci raz pokazuje rząd. Kręcę głową. Tyle mogę.

-       Coś nie tak? Nie ten rząd? - Mrugam - Ach dobrze to jeszcze raz ok? - Trafiamy we właściwy rząd i jest “D”. Powoli wyłania się P-O-D-N-I-E-S.

-       Podnieś? Tak? Hura! - Całuje mnie. - Co ci podnieść kochanie?

-       Noo-Geee - sylabizuję najwyraźniej jak umiem.

-       Nogę? Nogę ci podnieść. Którą? - Lewą? - kładzie mi rękę na nodze. Kręcę głową. - Prawą? Ok. Jak? Poczekaj. - Odsłania kołdrę. Chwyta za piętę.

-       Tak? - Kręcę głową. Chwyta za kolano. Kiwam najmocniej jak umiem. - Dobrze. Tak ci tutaj podnieść? Kolano? - Kiwam. - Poczekaj… coś podłożyć? Tak?

Odchodzi od łóżka. Po chwili wraca z małą poduszką. Podkłada pod kolano.

-       Dobrze? - Kręcę głową. Wskazuję na sufit.

-       Wy-żej.

-       Więcej? Tak? Poczekaj. - Wraca po chwili z dużą sztywną poduszką razem z salową robią konstrukcję. Duża i mała poduszka na niej kolano. Ugięte. Jaka ulga. Krew zaczyna płynąć.

-       Dzę-Ku-ję - mam łzy w oczach.

-       Już dobrze kochany. Coś jeszcze? Coś cię boli.

Kręcę głową, że nie. Jestem zmęczony. Myśli odpływają. Białe. Białe światło jest martwe, zimne. Ale dobrze. Dobrze się w nie zapaść. Trzyma mnie za rękę. Jest… dobrze. Noga nie boli. Ktoś coś mówi. Chciałbym jej powiedzieć…

 

 

II

 

-       Myślę proszę pani, że ma skłonności narcystyczne. To znaczy nie wiem czy to neurotyzm czy narcyzm. Byliśmy w sobotę IKEi. Jeździłem z jej dzieciakami takim dużym wózkiem. Cały dzień z nimi. Potem wieczorem skręcanie. W niedzielę też. Stawialiśmy szafę w pokoju starszej córki. Było bardzo fajnie. Takie zrozumienie co kto robi. Podawanie śrubek. Rozmowa. Obiad zrobiony razem. Szafa ładna. Z lustrem. Duża. W niedzielę wieczorem wracam do domu, a ona pisze mi na whatsapie… “nie było ciebie dla mnie”.

-       I jak pan się poczuł?

-       Kurwa jak. Cały weekend tylko jej poświęciłem. Dałem z siebie wszystko. Byłem na każde zawołanie. I “nie było ciebie dla mnie”? To znaczy nie wiem. Co to znaczy? Co jeszcze powinienem?

Patrzy na mnie świdrującym wzrokiem starej kobiety, której nic już nie rusza. Wszystkie te pytania. Standardowe. Standardowe kiwanie głową.

Jaraszek poznałem pół roku temu. Na Tinderze. Błyskotliwe było to przedrzeźnianie się. Przyszła na randkę w sukience w zielone kwiaty. Gustownej. Tylko z przodu płasko jak u anemicznego nastolatka. Twarz też. Nijaka. Nijaka o małych oczkach. Ale tego nie chciałem widzieć. Sukienka. Sukienka czyli gust. Do tego inteligentna. Nie da się niemal wygrać droczącej polemiki. Ja do tego. Mały chłopiec szukający uwagi. Uwierzmy, że klikło choć to nie do końca prawda. Było raczej jakby orać asfalt. Pół roku temu leżeliśmy w łóżku. Ja obejmujący ją całą od pleców. Ona wtulona. Ja daję. Taki ze mnie typ. Powtarzam słowa do ucha. Ciepłe. Kojące. Czuję jak oddycha.

Ten moment będziemy pamiętać długo. Ostatni moment. Wyjątkowy. Po nim miała już tylko być rzeka miłości. Ciepło. Dom. Uśmiech na każde spojrzenie. Pocałunek przy dzieciach. Tak prosto, w kuchni. Ale jest mi jakoś gorąco. Coraz bardziej. Szyja pulsuje. “Zmierz mi temperaturę”. Trzydzieści dziewięć i pięć. “Może to od tego antybiotyku?” Jakieś uczulenie? Odstawiam antybiotyk. Biorę trzy paracetamole. Temperatura spada. Jest lepiej. To sobota. W niedzielę znów prawie czterdzieści. Mam dreszcze. Znów paracetamol. To chyba nie antybiotyk. “Nie dobrze” - myślę - “Właśnie na zatoki brałem Encorton” - A jeśli to covid?

-       Pojadę już. Do siebie.

-       Tak lepiej jedź.

-       Bo jak mi znów temperatura skoczy. A zaraz przyjdą dzieci. To nie dojadę.

Jadę. Wieczorem dostaję powyżej czterdziestu. Ledwo widzę na oczy. Wykonuję jedną, wyprawę do łazienki. To jak maraton.

-       Proszę, nie przyprowadzaj mi dziś psa. Nie dam rady. Mam ponad czterdzieści - piszę do Karpińskiej, mojej byłej. Mamy podział opieki nad psem, jak z dzieckiem.

-       Chyba zwariowałeś. Jutro mam na szóstą. Otwieram przedszkole.

-       Ale zrozum. Ja ledwo siadam na łóżku.

Pojawia się pół godziny później. Wściekła. Pyskujemy. I w realu i na whatsapie. Pies jednak zostaje. Noc jest trudna. Zbijam temperaturę, ale rano znów czterdzieści. Do tego dreszcze i taka słabość… Wyprowadzam psa na pierwszy trawnik. Muszę przytrzymać się drzewa żeby nie upaść. Piszę do Chylińskiej. Radzi mi zrobić test. Jest jakiś kontakt. Facet jeździ karetką i po godzinach robi testy. Umawiam się, ale czekać trzeba do osiemnastej.

-       Kochana moja. Bardzo źle się czuję mam prawie czterdzieści. Na spacerze prawie zasłabłem. Podjedziesz po pracy wyprowadzić psa? Karpińska się wypięła a ja nie mam siły.

Chwila oczekiwania.

-       Nie. Jestem zmęczona. Jadę do domu.

Te dwa zdania. Takie proste. Tak puste w znaczeniu. Gdyby wyjąć je z kontekstu mogłyby znaleźć się w zadaniu dziecka, w opisie wycieczki, w przepisie na sen i relaks w zagrodzie i domu. Tną mnie jak nożem. Zamieram nad komunikatorem. Właściwie co napisać? Błagać? Tłumaczyć się jak chłopiec, który strzelał karbidem? Przyłapany. Z rękami zwiniętymi w precel przy brzuchu? Jak - to - jedziesz - do - domu? Zadaję to pytanie jakby miała paść inna odpowiedź.

-        Do dzieci.

Uberem do mnie jest siedem minut. Przerabialiśmy to nie raz. Przyjeżdżałem po ciebie do pracy żeby szybciej się kochać. Potem pies - pięć minut. Potem cokolwiek, nawet autobus, bezpośredni… Mieszam te tłumaczenia w głowie. Łupią mi i przewalają się jakbym włączył pralkę do myśli. Co ja właściwie mam napisać? To właśnie? Dzwonię do Chylińskiej. Wsiada w tramwaj. Za pół godziny jest. Wychodzi z psem.

Faceta od karetki nie ma. Piszę do niego. Cisza. Paracetamol nie pomaga. Leżę. Serce mi wali jakbym biegł maraton. Kiedy otwieram oczy widzę tańczące koła. Szyja jakby zaraz miała pęknąć. Chylińska pojechała. Patrzę w sufit. Sekundy tykają. Do kogo pisać? Czy jest do kogo pisać?

Otwieram oczy. Chyba… na chwilę straciłem przytomność. Dzwonię do faceta od karetki. Jest po dwudziestej. Nie odbiera. Co robić.

To takie głupie. Nachodzą cię dziwne myśli gdy dzwonisz na 112. “Przyznałeś się” - pyta mózg - “że jest aż tak źle?”

 

III

 

Otwieram oczy. U sufitu ostro świecą lampy. Biel. Widzę samą właściwie biel w jej odcieniach. Wdech. Ciężki. Naznaczony wysiłkiem zasysania powietrza. Wydech. Słychać stuknięcie. Aparat zmienia tryb. Wdech, stuk, klik… wydech. Ciężko. Irytuję się. nie chcę tak. Nie chcę tak wdychać z wysiłkiem. Walczyć. Gdzie jestem? Próbuję rozejrzeć się. Za oknem słyszę okrzyki. Gwar… pikiety? A więc złapali mnie. Ci z PiSu. Trzymają tutaj w uporczywej… terapii. Skąd wiedzieli? Znaleźli mój blog? Kogo jeszcze mają? Nas? Mają nas? Po prawej łóżka z białymi trupami. Widzę je zezując. Wejścia na salę są dwa. Chyba dwa. W tym z lewej przez kratę przeciska się tłum. Okrzyki. Ręce sięgające w głąb sali. Matka. Widzę matkę… ze słoikami. “Oddajcie mi dziecko!” Chciałbym powiedzieć, że tutaj, że jestem ale… ci cwani, ci z PiSu wsadzili mi coś w szyję i nie mogę mówić. Jedynie uporczywie oddycham. Wdech, ciężki i rwany bo w nerwach. “Puśćcie mnie!” Próbuję unieść dłonie i sięgnąć do tej rury w szyi ale nie mam dość siły. Nie uniosę ramion. Przedramiona jedynie bezwładnie jak wici tataraku na wietrze gibają się. Ktoś przechodzi. Ignoruje. To… dobrze bo by zauważył. A przecież on z PiSu.

Nasłuchuję. Ha! Mam was! Pielęgniarze przygotowują się do zmiany. Ale nie jest łatwo bo jedno wyjście zablokowane. Drugie zakleili folią lub pleksiglasem - trudno stwierdzić. Dyskutują jak wyjść i nie wpaść w łapy tych, z pikiety. Przesunęli szafki pod tamto wejście - rodzaj prowizorycznej barykady. Słyszę ich. Zejdą do garażu i wtedy spod ziemi pojedynczo jak gdyby nigdy nic… Idźcie. Nikt was tu nie chce. Przyjdzie zmiana ci normalni nie ci co mnie tu zamknęli. Odblokują oddech. Powiedzą o co chodzi. Czekam. Muszę czekać do zmiany. Przyjdą tamci… Obraz gubi się. Próbuję utrzymać otwarte oczy. Dlaczego tak długo się zbierają? A sufit biały. Bielszy w okolicach lampy dalej mleczna jak kość słoniowa plama. Sama lampa raczej biało-szara, z nalotem jakby ktoś porządnie kichnął tabaką. Widać też pęknięcie. Jest jak granica państwa na białej mapie. Wije się meandrami rzeki. Tam znów bardziej kość słoniowa i placek gładkiego morza. Czekają. Na co czekają? Zebrani w grupkę chyba przed pleksi. Jeden nurkuje. A więc już. Muszę doczekać. A sufit biały. Coraz bielszy…

 

 

 

Marcin Małecki