Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Dygas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Dygas. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 stycznia 2018

krótkie cięcia nie dają gwarancji

Andrzej Zdzisław Dygas


wilgotny aksamit                                                                                     
 
lubiłem gdy palił tytoń a jego
skóra oddychała współczuciem
wilgotna ledwie przydatna
często o świcie z moich warg
ślina kapała na jego skronie
pożądanie ociekało i bieliło ostrze
tylko łaskotanie oswajało tragedię

krótkie cięcia nie dają gwarancji
że głowa opadnie łagodnie
w kosz splecionych dłoni
rzadko  bezcenna  ulga
odrywa ból od kości i reszty
a aksamitny pas zaciska tętnice
i łagodzi wstrząsy by
powieki zamknięte na stałe
rozwijały fantazje
a ostre pragnienia
oswajało kąsanie warg i
żucie języka bez smaku

całował i tulił moje plecy
planował
byłem docelowym punktem
w pętli spalonej amfory







hala odejść                                                                                              

wilgotny zapach
szpitalnych korytarzy
ukryty między okiennicami
suche drewno pokrywa
spękana zieleń
na progu wiszą
drzwi na krzywych zawiasach

kościste konary haczą powieki
znużonych oczekiwaniem na wylot
hale zawstydzone prześwitem
bez kontroli wpuszczają
żółte promienie układają się w stos
niezdarne rzeki namierzają
oddech uśpionych
plączą pasma włosów
ziemia wilgotna od ran
czesana milionami rąk
szorstka pełna skaz

papierowy szelest
kruszy gęsty las
stopy ziemi oblepione
kurzem z kości
właśnie teraz
rozstępuje się skóra
rodzi rabaty i leniwe
zaułki







pomarańczowy zapach                                                                  
... w takich miejscach gdzie
w uchylonych przejściach  wisi
ciężki zapach drinków a
po skroniach spływają lepkie 
krople jeszcze  ciepłej  czekolady
i ostrzą wzrok arlekinów
napinają ich mięśnie
nakręcają sprężyny  poruszają  łożyska
wychodzą z pomarańczowych rogów
opierają się  się  o  śliskie bary
przez dna kieliszków łowią zgubione spojrzenia
wiją się i  łaszą  szukają miejsca
powoli wsiąkają  w ściany i obce ubrania
jak spóźnione cienie

na skraju zmierzchu znikają
w kępach kwitnących pokrzyw
w nagich paskach mlecznej  mgły 
pętlic głowy wygłodniałych w pogięty drut
ssać cząstki tęsknoty tulić wilgoć
by nie przepadła w zapachu nocy
nie wyschła na pomarańczowej farbie
 

_____________________________________
publikacja za zgodą Autora 
 

niedziela, 20 marca 2016

Do widzenia do jutra - Jakobe Mansztajn i Dawid Staszczyk




Ring?

        Chodzi się „na” poezję. Ja chodzę „na” poetów, również „na” prowadzących. Jakiś czas temu poznałam dwóch Poetów i jednego Prowadzącego. Wieczór w klimatycznej kafejce „do widzenia, do jutra” na Saskiej Kępie w Warszawie, organizowany przez grupę poetycką Poeci Po Godzinach.

        Dawid Staszczyk pisze zupełnie inaczej niż Jakobe Mansztajn, Jakobe Mansztajn zupełnie inaczej niż Dawid Staszczyk. Obaj pięknie i przejmująco, choć każdy puentuje inaczej. Dawid krótką, czasem jednowyrazową puentą (jak świst bata, że sobie pozwolę na chwilę z metaforą), a Jakobe puentę rozmywa, zawieszając w przestrzeni. Daje więc czytelnikowi oddech na zastanowienie.  Który lepiej – nie wiem, wiem, co mnie się bardziej podoba.
        
Słuchacze przybyli tłumnie, niektórzy stali w drzwiach, bo takie zestawienie poetów i zderzenie ich wierszy było przemyślanym i nad wyraz trafnym zabiegiem organizatorów.  Na pewno – nienudnym!

        Prowadzący Grzegorz Wołoszyn dogłębnie i dociekliwie egzaminował obu autorów – z tematów egzystencjalnych, historyczno-społecznych, jak również filologicznych ze szczególnym naciskiem na filologię rosyjską, w której, z racji wykształcenia, specjalizuje się Dawid. Poeta z wdziękiem, acz stanowczo kluczył z odpowiedziami, jakich oczekiwał prowadzący na temat inspiracji literaturą rosyjską i czytania w oryginale kanonu lektur. I ja go rozumiem! Nie zawsze zostajemy tym, kim powinniśmy w wyniku podjętych w młodości decyzji. Dawid pisze porywająco – po polsku! Na szczęście dla swoich czytelników.

        Jakobe Mansztajn również nie miał łatwo w zderzeniu w Grzegorzem Wołoszynem. Tu poszło o poezję żałobną, szczególnie treny. Na ile poeta inspirował się „Trenami” Kochanowskiego w swojej twórczości i czy zatem można mówić o odkrywczości wiersza jako takiego.O ile dobrze zrozumiałam z odpowiedzi Jakobe: nie można. Treny to treny. Ale treny Mansztajna zabolały mnie mocniej, niż kanon. Może z racji bliższego (współczesnego) języka, znajomej retoryki i podobnych doświadczeń życiowych? 
I wiem, że jedynym sposobem próby wyjścia z traumy  jest „ożywienie” Utraconego – poprzez sztukę.

        Poeci odpowiadali także na niełatwe pytania dotyczące wizji współczesnego konfliktu zbrojnego, lotów w kosmos w celu zaanektowania jednej z planet, a także gotowania żab w ramach eksperymentów młodzieńczych. Tematyka spotkania obejmowała, jak widać, całe galaktyki, w tym podwórka blokowisk. 
O ile przy żabach wysiadłam, o tyle pozostałe pytania, odpowiedzi i CZYTANIE POEZJI stały się w tym dniu fantastycznym przeżyciem i oddechem!

        Na "pytanie z sali" po co właściwie piszecie? – jeden z Poetów odpowiedział: "to jak z listem w butelce, ja wkładam list i rzucam butelkę do wody. Może ktoś kiedyś ją wyłowi i przeczyta ten list". Drugi Poeta odpowiedział: "czułem, że musiałem "zapisać" biografię Chłopcu Który Odszedł Za Wcześnie.

Uwierzyłam Obu.


 Magdalena Tarasiuk







































fot. Arek Łuszczyk, Monika Mszyca