Serdecznie zapraszamy na spotkanie z Karolem Maliszewskim,
które poprowadzi dla Państwa: Monika Mszyca
Tajnym Kompletom dziękujemy za gościnę i współpracę,
a Państwa zachęcamy do przeczytania fragmentu książki Karola:
"Przemyśl - Szczecin"
"A teraz ksiądz Mateusz będzie się mijać z nakręconym studentem,
puszczanym w ruch przez pana z laptopem. I kiedy w przejściu między
wagonami zetknie się z nim po raz czwarty, najdzie go wątpliwość.
Od jakiego stada oderwała się ta owieczka i czego właściwie chce? Musze
się nią zająć, bo krzywdę sobie zrobi, wpadnie w łapy pijanych kiboli,
„cała Polska w rękach Śląska”, albo nie daj Boże trafi do warsu, a tam
dopiero anarchia i zepsucie, wolnomyślicielstwo w bardzo złym guście.
Ten
pionek okazał się pusty. Niczego nie można było z niego wykrzesać.
To już Tereska coś w sobie miała, jakąś iskrę i ikrę, do czegoś jednak
dochodziło z jej udziałem, odsłaniało się poczucie przegranej, chęć
zemsty. Drzemiąc teraz w przedziale, wydawała się słodyczą samą w sobie,
pokorą, pogodzeniem. A studencina tfu, tfu, do luftu, zupełne dno,
chodzi jak cielę po tym pociągu i tylko ludzi w przejściu wkurza, mówiąc
po raz setny „przepraszam”. W końcu mu ktoś puści wiązankę, popchnie
albo da kopa. Do czego zmierza jego obecność, co ma wywołać?
Student
Olszowy Zbigniew dawno nie czuł takiego ciężaru. Był już w toalecie,
lecz nawet to nie pomogło. Ten ciężar był wszędzie. Najwięcej
w żołądku. A nogi jakby z ołowiu. Cała grawitacja świata zmówiła się
dzisiaj, by zgnębić go i rzucić na kolana. Nawet był moment, że na te
kolana opadł i parę metrów w takiej pozycji przeszedł. Tak go zobaczył
ksiądz Mateusz. Olszowy szarpał się z klamką, chcąc przejść
do następnego wagonu. Koniecznie chciał otworzyć drzwi, nie podnosząc
się z kolan. Trudna to była sztuka. Mateusz podbiegł, żeby pomóc.
W efekcie nie klamkę chwycił, ale kołnierz koszuli Zbigniewa i począł go
tarmosić, usiłując podnieść nieszczęśnika. – Modlić się też trzeba
umieć. A klękanie to już najwyższa sztuka, wstawaj, błaźnie jeden,
wstawaj – sapał Olszowemu do ucha. Zbigniew podniósł się, odsunął
kapłana i począł otrzepywać spodnie z niewidzialnych pyłków. Zdawało
się, że wreszcie otrząsnął się ze snu. Kilka energicznych ruchów
podziałało jak struga zimnej wody. – Pusty jestem. Dlaczego jestem taki
pusty? – Co takiego? Jak to pusty? – Dlaczego pustka jest tak ciężka,
rzuca człowieka na kolana. – Jak to pusty? A Bóg? On jest wszędzie,
nawet w najstraszliwszej pustce. – To on tak ciąży? – Jak chce,
to ciąży. Widocznie w twoim życiu nastał czas ciążenia. – To ja
to pierdolę. – Bluźnisz, synu! – Pierdolę te pozory, niech mnie napełni
coś rzeczywistego. – Jeśli ktoś zaznał smaku super rzeczywistego,
to zwykła rzeczywistość nic mu nie pomoże. – Ja chcę do zwykłej, tak,
wybieram zwykłą. Którędy do warsu? – Nie idź tam. Zostań. Porozmawiamy. –
O czym? O etykietkach na butelkach z najwyższej półki. Nigdy ich
nie dotknę. Nawet ich nie zobaczę. – Tam cię czeka źle pojęta wolność.
Tam cię naprawdę więzienie czeka. – Ja chcę do więzienia, do butelki
z piwem, a nie święconą wodą, do zakazanych mord, do zwykłego gadania.
Ja chcę nawet do kiboli. Będę wznosić okrzyki, śpiewać antysemickie
piosenki. Mogę być skazany i ukarany kolegium. – Milcz, bracie! O jedno
słowo za daleko. – Ale coś będzie się działo, zobaczę skrzydła w sobie,
poczuję powiew. – Oddasz się szatanowi. Bo ten pęd, ta dzika energia
jego jest domeną. Zaklinam cię, nie idź tam.
I w tym momencie
ksiądz Mateusz w czystym odruchu przytulił studenta Olszowego. Wyglądało
to tak, jakby go chciał osłonić własnym ciałem przed narastającym wokół
złem. – Puść – warknął Zbigniew. – Spierdalaj, wam tylko jedno
w głowie, pedofile.
Wyrwał się z objęć i pobiegł, ocierając się
o pozostawione na korytarzu plecaki. Jednego z nich nie zauważył,
zahaczył nogą i znów upadł na kolana. Został w tej pozycji i pełzł
dalej. Z niektórych przedziałów wyciągały się ręce. Ktoś rzucił dwa
złote, inny chciał podarować kanapkę. Wzięto go za żebraka
czy pielgrzyma. Zastanawiano się tylko, dlaczego nie ma skrzypiec
albo harmonii, dlaczego nie śpiewa. A w jego gardle narastał dziwny
bulgot przechodzący w wycie. Odebrano to jako głos kaleki. Urodził się
bez języka. Oj, raczej mu go wycięto. Ale mówi do nas całym ciałem. Coś
w nas wywołuje. Czegoś chce.
Potem ofuknęła go konduktorka.
Przestań się pan wygłupiać. W pociągach naszej linii żebractwo jest
zabronione. Kiedy mijała go po raz drugi, drgnęło coś w niej. Poczuła,
że musi zachować się inaczej. Wysadzenie go na najbliższej stacji,
choćby się nawet nazywała Pokuta Wielka, i zawiadomienie sokistów
nie wchodziło w grę. Należało go zaprowadzić do przedziału służbowego,
dać jeść i pić, pogłaskać i położyć spać. Obudził się w niej instynkt
dawno wycofany na odległy tor.
Ksiądz Mateusz wrócił
do przedziału. Usiłował zasnąć, ale dobrze wiedział, że nic z tego
nie wyjdzie. Czuł wokół negatywną emanację. W tym pociągu dobro
zaczynało przegrywać ze złem. Czuł to w każdym zakątku ciała. O duszy
nawet nie wspominamy, bo to zbyt oczywiste.
W przedziale drzemały
jeszcze dwie osoby. Zanim zasnęły, prowadziły ożywioną dyskusję
na tematy związane z nauczaniem. Doktor Z. usiłował przekonać
licencjatkę Darię uczącą w wiejskiej szkole, dokształcającą się
internetowo, że nie ma sensu pytać o szczegóły z lektury,
że najważniejszy jest ogólny sens, który musi dotrzeć do dzieciaka.
Nie obciążać pamięci detalami, a otwierać na tajemnicę przesłania. A co
się dzieje w szkołach? Polowanie na przejęzyczenia i drobne pomyłki.
Czy Emil ze Smallandii puścił bąka: a) rano, b) w południe, c)
wieczorem, d) wszystkie odpowiedzi są poprawne, albowiem puszczał je
bez przerwy. Puszczeniem bąka zdenerwował: a) ciotkę, b) ojca, c) brata.
Była to forma protestu przeciw: a) zamykaniu kiełbasy na kłódkę, b)
uniemożliwieniu mu dręczenia kota, c) konieczności spania w jednym łóżku
z siostrą. I tak dalej.
Daria bardzo szybko odpłaciła doktorkowi
pięknym za nadobne, oświadczając, że pomysł wprowadzenia do polskiej
praktyki szkolnej z gruntu amerykańskiej koncepcji „creative writing”
uważa za żenująco głupi i wyjątkowo niewydarzony. Długą wypowiedź,
której tym razem nie będziemy cytować, okrasiła pointą w stylu „niech
talenty błyszczą samorodnie, niech się wykuwają albo czezną w czystym
trudzie życia, a nie według sformatowanej, schematycznej metodologii,
to nieludzkie i w gruncie rzeczy barbarzyńskie pod płaszczykiem
cywilizacji i kultury”.
W tym momencie Z. zaczął żałować
poufałości, jakiej się dopuścił względem tej osóbki. Podróżna pogawędka
nie powinna przekraczać pewnych granic. Ależ dał się podejść.
Niepotrzebnie otwiera się przed byle kim. A wyglądała na szczerze
natchnioną intelektualistkę na dorobku. Myślał, że jego rozterki zostały
zrozumiane i odpowiednio przyjęte. Opowiadał jej, że od kilku lat
na wrocławskim uniwersytecie prowadzi zajęcia z creative writing i obecnie stoi przed koniecznością przedstawienia powieści
habilitacyjnej, z przypisami. „Słynę z dobrych rad dotyczących
zakończeń, lecz sam mam z nimi spore trudności”. Nawet prosił o szczerą
odpowiedź na pytanie, czy tytuł „Pociąg do literatury” nie jest zbyt
nonszalancki. – Nonszalancki to on był… trzydzieści lat temu, teraz jest
wyświechtany – usłyszał. Będzie musiał pomyśleć o zmianie, skoro
przedstawicielka umysłowo pracującego ludu miast i wsi intuicyjnie
zgłasza swoje zastrzeżenia.
We Wrocławiu wysiadał z niesmakiem,
zastanawiając się, czy to parówki z warsu, czy dyskomfort wywołany
przez szczebiotliwą Darię. Czy jego życie dotarło do granicy, poza którą
już zawsze w ustach i z wyrazem ust będzie coś nie tak? Dawno nic go
tak nie zniesmaczyło. Miał drobne utarczki ze studentami, nieobce były
mu prasowe pyskówki, ale to wszystko mieściło się w retorycznej
konwencji, której musiał zawodowo sprostać. A tu prosta dziewczyna
z ludu, nauczycielka zaledwie kontraktowa, bez owijania w bawełnę łup
i cup. Rozważania o smudze cienia zawsze uważał za przesadzone i nazbyt
literackie. Patrząc za oddalającą się zerówką, uznał, że się mylił.
Smuga cienia ma chyba coś wspólnego z tym smakiem w ustach.
Czy to popiół?
I nawet poeta, którego nazwisko mu umknęło,
nie bardzo przesadził, pisząc w wierszu „Konwulsje” o smudze cienia,
która jest jak beton wlewany w coraz ciaśniejszą formę. I tylko młot
pneumatyczny może pomóc. Ale zazwyczaj nie mamy siły, żeby go udźwignąć.
Większość ludzi zostaje przy tym betonie i z głupkowatym wyrazem twarzy
przygląda się, jak tężeje.
Stojąc na przystanku, porządkował
w myślach oderwane skojarzenia. Kiedy nadjechał następny tramwaj, miał
już gotową koncepcję. Wprawdzie trzy dni temu minął termin wysłania
felietonu, ale to w tej chwili nie było ważne. Wypełniło go światło, jak
nowa nadzieja na dalszy sens, bo czuł, że wreszcie znalazł oś, wokół
której będą się tym razem kręcić wspomnienia, reminiscencje i sny."