Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakobe Mansztajn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakobe Mansztajn. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 września 2016

jasny wniosek - jest noc, mamy tylko siebie.


Jakobe Mansztajn

Nic Osobistego

świat skojarzeń jest okrutny - świeci napis
nad mieszkaniem, a dokładnie to nie
świeci, tylko mruga neurotycznie jak żarówka
w monopolu (choć to nie jest najszczęśliwsze

porównanie). przed mieszkaniem sterczy
dariusz - wypadkowa wyobraźni i ofiara
luźnych asocjacji, od których boli dariusza
głowa i cały dariusz boli dariusza, jakby kolka

lub jakby żałował, że pomimo znajomości
z narratorem tego wiersza, nie ma go gdzie indziej,
a dokładnie: niema go na plaży w okolicach
bikini, skąd lepszy miałby widok i cieplejsze skojarzenia. 




Duszki Goi II, czyli ballada o żołnierzach żołnierza

noc jest głęboka, lecz ślady wyraźne - tędy szli,
gang żwawych trucheł, przez grubą pierzynę
w stronę nocnej lampki, o czym myślą, gdy przechodzą
obok spoconego czoła, zapisków sprzed snu

i napoczętej wody? o czym myślę, gdy przechodzę
obok siebie śpiącego, który właśnie nerwowo
przewrócił się na bok? myślą: jeszcze kilka  kroków
w stronę nocnej lampki, co koi złowróżbnie

jak żarówka w monopolu, myślę: jeszcze kilka kroków
w stronę nocnej lampki, aby gdzieś w jej okolicach
jak strzelba się złożyć, z ponurej refleksji wyprowadzić
jasny wniosek - jest noc, mamy tylko siebie.




Dariusz jako wyraz marzeń o innym wierszu

granica tego mieszkania jest granicą tego
wiersza, tu przebiega linia, po tamtej stronie
świat, a po tej już tylko ocipieć, okurwieć,
opowiedzieć historię, a następnie wyprowadzić

z niej ciosy. dariusz, którego wszystko już boli
od siedzenia w tym samym fotelu, któremu
głowa serdecznie już puchnie od słuchania
tych samych historii, chciałby raz jeden wyjść

z tego mieszkania i wyjść z tego wiersza,
pójść wreszcie na spacer po jakiejś choćby
łące. mimo że łąka go nie wzrusza -  jak dziecko
by się wzruszył, nad świeżym rozpłakał powietrzem. 


_________________________________________
publikacja za zgodą Autora



niedziela, 20 marca 2016

Do widzenia do jutra - Jakobe Mansztajn i Dawid Staszczyk




Ring?

        Chodzi się „na” poezję. Ja chodzę „na” poetów, również „na” prowadzących. Jakiś czas temu poznałam dwóch Poetów i jednego Prowadzącego. Wieczór w klimatycznej kafejce „do widzenia, do jutra” na Saskiej Kępie w Warszawie, organizowany przez grupę poetycką Poeci Po Godzinach.

        Dawid Staszczyk pisze zupełnie inaczej niż Jakobe Mansztajn, Jakobe Mansztajn zupełnie inaczej niż Dawid Staszczyk. Obaj pięknie i przejmująco, choć każdy puentuje inaczej. Dawid krótką, czasem jednowyrazową puentą (jak świst bata, że sobie pozwolę na chwilę z metaforą), a Jakobe puentę rozmywa, zawieszając w przestrzeni. Daje więc czytelnikowi oddech na zastanowienie.  Który lepiej – nie wiem, wiem, co mnie się bardziej podoba.
        
Słuchacze przybyli tłumnie, niektórzy stali w drzwiach, bo takie zestawienie poetów i zderzenie ich wierszy było przemyślanym i nad wyraz trafnym zabiegiem organizatorów.  Na pewno – nienudnym!

        Prowadzący Grzegorz Wołoszyn dogłębnie i dociekliwie egzaminował obu autorów – z tematów egzystencjalnych, historyczno-społecznych, jak również filologicznych ze szczególnym naciskiem na filologię rosyjską, w której, z racji wykształcenia, specjalizuje się Dawid. Poeta z wdziękiem, acz stanowczo kluczył z odpowiedziami, jakich oczekiwał prowadzący na temat inspiracji literaturą rosyjską i czytania w oryginale kanonu lektur. I ja go rozumiem! Nie zawsze zostajemy tym, kim powinniśmy w wyniku podjętych w młodości decyzji. Dawid pisze porywająco – po polsku! Na szczęście dla swoich czytelników.

        Jakobe Mansztajn również nie miał łatwo w zderzeniu w Grzegorzem Wołoszynem. Tu poszło o poezję żałobną, szczególnie treny. Na ile poeta inspirował się „Trenami” Kochanowskiego w swojej twórczości i czy zatem można mówić o odkrywczości wiersza jako takiego.O ile dobrze zrozumiałam z odpowiedzi Jakobe: nie można. Treny to treny. Ale treny Mansztajna zabolały mnie mocniej, niż kanon. Może z racji bliższego (współczesnego) języka, znajomej retoryki i podobnych doświadczeń życiowych? 
I wiem, że jedynym sposobem próby wyjścia z traumy  jest „ożywienie” Utraconego – poprzez sztukę.

        Poeci odpowiadali także na niełatwe pytania dotyczące wizji współczesnego konfliktu zbrojnego, lotów w kosmos w celu zaanektowania jednej z planet, a także gotowania żab w ramach eksperymentów młodzieńczych. Tematyka spotkania obejmowała, jak widać, całe galaktyki, w tym podwórka blokowisk. 
O ile przy żabach wysiadłam, o tyle pozostałe pytania, odpowiedzi i CZYTANIE POEZJI stały się w tym dniu fantastycznym przeżyciem i oddechem!

        Na "pytanie z sali" po co właściwie piszecie? – jeden z Poetów odpowiedział: "to jak z listem w butelce, ja wkładam list i rzucam butelkę do wody. Może ktoś kiedyś ją wyłowi i przeczyta ten list". Drugi Poeta odpowiedział: "czułem, że musiałem "zapisać" biografię Chłopcu Który Odszedł Za Wcześnie.

Uwierzyłam Obu.


 Magdalena Tarasiuk







































fot. Arek Łuszczyk, Monika Mszyca

sobota, 26 września 2015

od tamtej pory nie sypiam zbyt dobrze.



Jakobe Mansztajn


Kurt po raz pierwszy spotyka Courtney


byłem twoim fanem, zanim ty zostałaś
moim, siedziałem w głębokim jak wanna
fotelu, gdy uderzyło mnie, popatrz, 
jak mnie uderzyło, od tamtej pory

nie sypiam zbyt dobrze, właściwie 
nie sypiam - w głębokim jak wanna
zostałem fotelu i duszę się, duszę się
z każdym oddechem, posłuchaj,

jak śmiesznie to brzmi, nawet 
w wierszu, gdzie gardę mam niżej:
w głębokim jak studnia siedziałem fotelu

i dłonie twoje na szyi mojej, jak
słowa piosenki, to nie jest piosenka,
od tamtej pory nie sypiam zbyt dobrze. 




Maciejki

któregoś dnia odwiedzili nas znajomi,
a to był listopad i wprost nie mogliśmy
się nacieszyć, gdy stanęli tuż nad
naszym łóżkiem, z kwiatami, to były

maciejki, gdy stanęli z maciejkami,
aby nas przypomnieć, położyć
bukiecik i przez łzy wydusić: jak wam jest
po tamtej stronie? jak wam się nie żyje?

albowiem istotnie - nie czuliśmy 
się wówczas najlepiej, w drugim pokoju 
właśnie umarł nam synek i choć nie ma
tego złego, to jednak wiele się zmieniło.




Lorelei

odgarniasz włosy i za chwilę jest pusto. 
pustoszeją uliczki, szklanki, moje i twoje
ciało, i chyba wszystko, co daje się zauważyć.
wtedy mówię: to ciało jest tu po to, 

by się zakumplować z twoim, i dosłownie
się kochamy, a zwieszony łeb latarni za oknem
puszcza nam oczko, bo to wszystko już było, 
takie kłamstwo. za chwilę znów pamiętam,

jak masz na imię i po co właściwie cię kocham.
ręce, przed momentem figlarne wariatki, 
chwytają cię wpół i nieruchomieją. chciałyby
powiedzieć, ale przecież ręce nie mówią.



_________________________________________
publikacja za zgodą Autora





piątek, 15 maja 2015

Drugie odblokowanie Mansztajna







Długo wyczekiwany po debiutanckim, nagrodzonym Silesiusem, Wiedeńskim high life, drugi tomik Jakobe Mansztajna  pt. Studium przypadku* wydany przez poznańską oficynę WBPiCAK jest kontynuacją poetyki gdańskiego autora, a zarazem odkrywaniem nowych terytoriów, pogłębieniem samoświadomości jak i empatii, poczynając od Paula Celana, poprzez eksponowanie ludzkiego tragizmu, po zwykłe codzienne zmaganie z rzeczywistością  w klaustrofobicznym gdańskim blokowisku, w oswojonym 
i zarazem obcym mieszkaniu podmiotu lirycznego – bez żadnego patosu, narracja momentami wprowadza w trans, momentami może prowadzić na manowce.
       Studium składające się z  39 wierszy podzielonych na dwie części tworzy swoisty dyptyk. Część pierwsza (19 wierszy): Piosenka o witaminach i minerałach przypomina nieco Piosenkę o zależnościach 
i uzależnieniach Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, ale  tylko przypomina (chociażby przez mantrę niektórych fraz np. „któregoś dnia odwiedzili nas znajomi”), cykl ten raczej mansztajnowy i brzmią w nim zupełnie inne nuty niż u Dycia – chwilami to kontynuacja wątków z Wiedeńskiego – Nemeczek występuje w  nowej roli,  pojawia się Dariusz (porte parole autora?), chwilami zupełnie coś nowego. Widoczne jest nowe spectrum, rozszerza się entropia i zapis umierania, zarazem podmiot liryczny wycisza się, porządkuje niejako relacje ojciec-syn, nieco po gombrowiczowsku – eksponując synczyznę. Smuga cienia.  Z jednej strony to dobrze, bo Mansztajn nie wchodzi w oklepane schematy, z drugiej – źle bo grozi mu niebezpieczeństwo powielania się, takie małe autorskie auto da fé. Ale Mansztajn jest tego świadom – w najnowszych wierszach, prezentowanych  min. w Biurze Literackim, widać ewolucję, inne pisanie. Dowodem tego jest  autoironiczny dystans, mocno zaakcentowany  w jednej z piosenek:

Duszki Goi I

między późnym mansztajnem a wczesnym
porankiem rozgrywa się lekcja pokory:
w tej duszy zbyt ciasnej, jak kawalerka
na gdańskim osiedlu, grasuje gang

nieobecnych, gromada żwawych trucheł,
od których głowa boli z rana i cały mansztajn
boli z rana, ale to później – najpierw
się przejdą, postraszą w zakamarkach,

wybiją kilka okien i gdzieś na wysokości
zbyt wczesnej godziny (lub może zbyt
późnej) porzucą potłuczonego, jak psa
porzuca się w lesie – z uczuciem.  (s. 12)

W  kilkunastu utworach  przemykają  ważne postacie: Wergiliusz, Goya, Kurt Cobain. Nieprzypadkowo. Są kodami i herosami – ikonami. Rzymski Wergiliusz, hiszpański malarz Goya i Kurt Cobain. Co ich łączy? Co dzieli? Odpowiedź jest oczywista.

     Część druga (20 wierszy) : Czarne  nad i pod głowami pole to już  czysta metafizyka Jakobe Mansztajna – a przywołanie poety Paula Celana potęguje swoistą dramaturgię, jest czymś w rodzaju muzycznego preludium, potem kolejne wiersze nabierają tempa, gęstnieją, stają się  coraz bardziej wyraziste, inne niż w debiutanckim tomie, najmocniejsze takty zabrzmią w tytułowym wierszu tomiku, będącym swoistym credo pokoleniowym: 



Studium przypadku

w ’94 czołgamy się pod meblami. znajdujemy
ząb i karteczkę (autor nieznany). napisano:
zaczekaj na mnie, wrócę później i wszystko
ci wyjaśnię. to tyle, jeśli chodzi o ’94.

w ’97 nadal jesteśmy zajęci sobą.
przychodzi pierwsze umieranie. na pytanie
o życie wieczne matka odpowiada: pobaw się
matchboxem. pamiętam, bo mieliśmy z bratem

tylko jednego matchboxa. w ’99 przenoszę
skrzynki z butelkami. za odłożone kupuję
pierwszą w życiu nokię. od niedawna drży
mi ręka. w sierpniu 2013 zaczyna mi się ruszać

ząb. kilka tygodni później przychodzi
sms z nieznanego numeru: przepraszam,
że tyle to trwało, będę za chwilę. gdybym był
przesądny, zaklaskałbym – ale nie jestem.(s.32)


    Kolejni przemykający tutaj przechodnie to: John Berrymore, Sandor Marai, Ted Hughes i oczywiście  Paul Celan. I nie są to przypadkowi przechodnie, co zagościli na chwilę w wierszach Mansztajna. To nie kaprys, bo ci lokatorzy tego klaustrofobicznego mieszkania w gdańskim blokowisku, tworzą swoistą plejadę. Ponadto Heine, a raczej duch Lorelei – a przede wszystkim Arystoteles z jego Traktatem 
o duszy.
Kwintesencją jest:


Piosenka nocnych wioślarzy II

siedzimy na murku ciężko poruszeni faktem,
iż niebo nad gdańskiem znów nas robi
w chuja, miały być girlandy świetlne, radosna tandeta,
miało być pół roku zimy, ale i pół roku

lata. tymczasem noc jest głęboka i ciągnie
się jak bergman, nawet dzielnicowym w sukach
całkiem żyć się odechciało, słowem –
dawno po imprezie i powinno już świtać,

zamiast świtu melanchujnia*, czarne nad
i pod głowami pole. jeśli zacząć szukać winnych,
trzeba zacząć z tego miejsca, już pamiętam:

widzieliśmy najlepsze umysły naszego pokolenia
zniszczone szaleństwem, histeryczne i nagie,
i długo nie mogliśmy oderwać wzroku.

* zasłyszane od Julii  Szychowiak ( s. 42).

Ci którzy spodziewali się fajerwerków po Wiedeńskim, mogą poczuć rozczarowanie, jednak Jakobe Mansztajn jest wierny sobie, nadal delektuje się smakiem herbaty. Gorzkiej .
Pisałem swego czasu w recenzji z pierwszego tomiku Jakobe Mansztajna, że opisanie ery dropsów jeszcze nie jest zakończone. Nie omyliłem się. Ale to są już inne dropsy.


Jarosław Trześniewski Kwiecień

*) Jakobe Mansztajn, Studium przypadku, WBPi CAK, Poznań 2014.










poniedziałek, 27 kwietnia 2015

nie przeżyłbym tej nocy. tak się mówi, ale to nic


Jakobe Mansztajn




Ojciec i syn, i stolik z jabłkami

scena w pokoju, taki luźny układ:
ojciec i syn, między nimi stolik z jabłkami.
wydaje się, że nic, a w najlepszym razie
niewiele – siedzą bez słowa jak na strasznym

obiedzie. przed chwilą obaj przeżyli
śmierć człowieka w telewizji (jego ciało
na chodniku jeszcze krzywo leży cicho i krew
w nim jak bolid kończy właśnie finałową rundkę). światła

trzask, kamera odjeżdża i dopiero teraz widać:
gdyby nie stolik z jabłkami, mieliby do siebie
bliżej. a tak – siedzą bez szans, że wyjdą z tego cało,
ojciec i syn, i puste między nimi ciało.




Piosenka o witaminach i minerałach

mamy noc pod powiekami – ona, moja kochana,
i ja, milczący jej kochanek z notatką przyklejoną
do szafeczki przy łóżku: gdyby nie magnez,
nie przeżyłbym tej nocy. tak się mówi, ale to nic

poważnego. poważne są wypadki na krajowej
siódemce i ona, moja kochana, od której odejść
wciąż nie mogę, poważnie na mnie patrzy
w momentach zwątpienia, to znaczy miłości,

poważnie na mnie patrzy w momentach miłości
i z rzadka zaledwie (chociaż nie słucham)
przez sen jej się wyrwie ( chociaż nie słucham):
gdyby nie magnez, nie przeżyłbyś tej nocy.




Nastoletni Paul Celan wchodzi w nowy tydzień II

najtrudniejsze są poranki, a więc bujam się
jak krzesło nad dymiącą popiołką i papierosem
wypalam dziury w ceracie, mówię sobie:
paul, jeszcze nigdy nie chciałeś umrzeć

tak bardzo jak teraz, i że to niepoważne,
to nic poważnego, ceratę można kupić nową.
wczoraj zadzwoniła matka, była przejęta,
w radiu znów trąbią o wojnie. powiedziałem:

we mnie wojna spokojna, matulu, na razie
liczę dziury w całym, odezwę się później.
nie odezwę, to nasza ostatnia rozmowa.
i mówię sobie: paul, ceratę można kupić nową.


 



*"Studium przypadku" 
_____________________________
publikacja za zgodą Autora
 

piątek, 9 maja 2014

CLUE TEGO ZDANIA TO TRUP


Jakobe Mansztajn



DOKTOR FILIPPI DOGLĄDA CHOREGO

że pada, powiedział. otrzepał się z płaszcza i wszedł
w rzeczy marcina. marcin nie wyraża sprzeciwu:
leży równiutko i cicho doumiera, nie na tyle cicho jednak,
byśmy nie słyszeli (rzeczy marcina tarmosi dreszcz).


rzeczy marcina przejęły się bardziej niż marcin, który
albo właśnie zmarł, albo myśmy wyszli z pokoju.
ja mam niebo puste, mówią oczy, które nie są już oczami
marcina. mówią: ja mam niebo puste i dogodne




POKÓJ MARCINA

nie dogodzisz marcinowi, choćbyś przyniósł konfitury,
kompot z malin zagrzał, nakarmił przez usta. choćbyś
marcina poprawił poduszce, pierzynie marcina dogładził,
nie dogodzisz rzeczom, które chłoną ciało chłopca


przyparte do łóżka, do licznych przyparte łóżek.
świadkowie marcina i marcin, naoczny świadek rzeczy,
serdecznie mają dość tych wszystkich uprzejmości,
dość mają własnych spraw i dość mają tego miejsca




ŻYĆ I UMRZEĆ W LOS ANGELES

przy takich możliwościach
naprawdę trudno nie myśleć
o zostaniu jednorazowym małyszem
jaś kapela

umrzeć na podhalańskiej to brzmi niepoważnie.
znacznie lepiej dygnąć do centrum na świętego
ducha, gdzie są super kluby i ludzie
potrafią się niekiedy porządnie rozerwać


heilige geist gasse, numer sto czternaście -
czy to przypadek, że wybrałeś to miejsce
i tych ludzi pod sobą? czy to przypadek,
że wybrałeś to miasto? to przypadek,


napiszesz w ostatnim liście, a to, co czeka cię
na dole - poza chwilowym zachwytem tłumu -
to miejsce w archiwum trójmiejskich dodatków
gazety wyborczej. twoje miejsce w historii


i wiesz o tym, i wiesz, że druga taka szansa
może się prędko nie powtórzyć, więc do końca
zachowujesz zimną krew. przez moment jesteś
największym luzakiem w mieście


_____________________________
publikacja za zgodą Autora

poniedziałek, 27 stycznia 2014

KOLEDZY Z PODWÓRKA NIEŚMIERTELNOŚĆ


Jakobe Mansztajn


SPLOT

był splot minusów, zer i pierwszy pogrzeb.
nie było mnie już ani nigdzie.
leżałem na ławce, w tczewie, w środku słońca
i owszem, miałem się autentycznie.
było po randce, którą chyba wygraliśmy
albo przegraliśmy, w każdym razie
nikt nie poczuł się urażony. to była miłość
prawie dwudziestominutowa.
na ławce, w tczewie, w środku słońca



WYŚCIG

zagląda oko przez oko butelki, że tutaj coś jest:
czyste, magiczne zaklęcie i miękki plaster pustyni,
gdzie kapsle brodzą jak łódeczki i derka z chmur
rozpina się pod głową. kto pierwszy, kto ostatni.


(czekaliśmy na wiatr, co poniesie nasze drzewo.
ktoś w tej sprawie posłał list, ktoś później wypadł
z okna. czwarte niebo, w oknie czwarte niebo)


butelka schnie, ale wracać się nie chce. nikomu
nie przychodzi do głowy, że to właśnie brak wiary
spędził nas na to bezdroże. trwa odwieczny wyścig:
kto zaśnie pierwszy, kto obudzi się ostatni



KOLOROWE SZKIEŁKA

na butelkach uczyliśmy się arytmetyki,
cztery to była łajba na resztę popołudnia
i nocne rozpięcie gardła.


na skrzydłach trzymaliśmy siniaki od biedy
i wodne kalkomanie na wypadek,
gdyby któryś postanowił się zmyć.


kodeks bushido zakładał, że każdemu wolno,
jak świat długi i szeroki
należało tylko przegryźć korzeń.


pomiędzy odlotami w przyszłość
szukaliśmy przyczyn, dla których warto,
choć generalnie wszystko mieliśmy w zanadrzu



_____________________________
publikacja za zgodą Autora

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

ODSIECZ 2013 - Jakobe Mansztajn






Narracje i sceny


Siedem wierszy Mansztajna już samym układem pokazuje coś istotnego. Cztery nowe utwory od trzech starszych dzieli przepaść. Narracje przytoczone z debiutanckiego tomu „Wiedeński high life” znamy dobrze. Zaskoczeniem są nowe utwory. Na ich tle zupełnie inaczej widzi się po latach stare teksty ewokujące teraz obraz sielankowej czystości i naiwności. Zaś drugie odczucie dotyczy czegoś, co nazwałbym gęstością i bliskością. W narracjach kumpelskich działo się, było się blisko sensu, nie miało się kłopotów ze zrozumiałym istnieniem, towarzyszyło się grupie i było się kimś w grupie. Słowo znaczyło indywidualnie, podmiotowo, ale i grupowo, wspólnotowo. Dominowało poczucie mocy „my” ze wskazaniem na ośrodek ruchu i mowy, jakim był niejaki „Siwy”. Ten Sokrates z mokrym blantem w ręce przywoływany był zawsze wtedy, kiedy trzeba było coś postanowić, orzec czy podsumować. Miał władzę nad podmiotem, dyktując warunki narracji, a niekiedy niemal sprawdzając, czy wiersz jest dobry i może pójść w świat. O taką też bliskość mi chodzi (ideowo-podmiotową), o taką gęstość dziania się, błyskotliwego tkania sieci wspólnotowych powiązań.

Ten model narracji w twórczości Mansztajna chyba się wyczerpał (bądź tez został na jakiś czas odłożony). Do takiego wniosku można dojść, czytając nowe utwory gdańskiego poety. Serdeczność bliskich relacji ustępuje chłodowi międzyludzkiej pustki. „Społeczna” atmosfera tych wierszy ulega rozrzedzeniu. Tak jakby nie było widać szans na odbicie własnego głosu w czyjejś świadomości. Postacie są obok siebie, lecz nie ze sobą. Odległość między ludźmi wydłużyła się znacznie, aczkolwiek przestrzeń zmniejszyła się do wymiaru pokoju, pudełka, czterech ścian. Nie ma ośrodka ruchu myśli, nie ma mentora i prawodawcy. Trzeba sobie radzić samemu z porządkowaniem następujących po sobie zimnych scen: 
to nasza ostatnia rozmowa, tak to się zaczyna i tak to się kończy, ojciec i syn i puste między nimi ciało, i znów nie znajdują między sobą wspólnego języka. Aż skóra cierpnie na myśl, że tak w całości będzie wyglądał drugi tomik Mansztajna. Ale co zrobić, tak być musi. To widocznie konieczny etap dalszego rozwoju.

Karol Maliszewski      






Narracja


tsui pen wierzył w wiele
równoległych linii czasu, ale to i tak za mało.
siwy wierzy w autobusy niskopodłogowe
i że jak ruszymy dupy, to może jeszcze zdążymy.
robi się ciemno i ziemia zwija ciepłe języki blokowisk.
siwemu się takie metafory całkiem podobają,
więc puszcza w obieg mokrego blanta i mówi:
dobre wiersze psują dobre obyczaje.

nie zdążymy. siwy podnosi się z fotela
i włącza muzykę, której prawie nie słychać,
której nie słychać w ogóle, więc pyta:
jak to gówno się włącza? leżymy pewni swego,
pewni podłogi i wykładziny, która teraz jest jak cmentarz.

siwy dotyka palcem czubka nosa i mówi:
nie ukrywam, to ciało staje się obce.
uśmiechamy się, bo to śmieszne, bo wszyscy mamy tak samo.
za oknem tężeje jagodowa galareta i siwemu
robi się przyjemnie na widok tego, co sobie wyobraża.
twierdzi, że wiersze różnią się od poezji zapisem,
bo poezji nikt jeszcze nie napisał, a on ją właśnie czuje.
wie, że najlepiej jest się zamknąć
w ciasnej skorupie orzecha

 

Narracja II


szuka nóż brzucha, więc po rękę sięga
- mamrocze siwy i sięga do kieszeni po szlugi.
są kolejki, które co kilka minut szatkują krajobraz,
jest szeroki, betonowy murek, jest wypoczynek.
siwemu pasują te okolice, więc mówi mało.

liście furkoczą na wietrze, rozganiają smród
i mgiełkę chesterfieldów, w której gnieździ się mały budda.
siwy odchrząka i spluwa. wierzy w paczkę
dwudziestu buddystów, z których każdy odda życie
za dwa palce i strużkę ognia.

ktoś rzuca, że ten wiersz nie posiada rytmu.
siwy spogląda na nas i niedowierza.
wystarczy, że chwilę pomilczy i już robimy syf.
borges miał język w małym palcu a rytm w dupie, twierdzi.
za chwilę nadjeżdża kolejka i znów robi się cicho

 

Narracja III


niebawem runą osiedlowe kioski i po dropsy
będzie trzeba gnać do tesco. siwy czuje
niewidzialną rękę rynku i stopniowy upadek
mniejszych form. takim jak my pluje się na głowy,
albowiem należymy do mniejszych form.

wiedeński high life: siedzimy przed kioskiem
i wsuwamy dropsy. wiatr owiewa nasze twarze,
jakby całował na do widzenia. do widzenia
i dobranoc. niebawem runą osiedlowe kioski,
przeminie era dropsów, wiedeński high life

szlag trafi. podział na kwestie stanie się
nieostry, siwy twierdzi, że to nawet dobrze -
najwyższy czas zacząć działać jako bohater
zbiorowy, bo liczba mnoga jest bezpieczna.
bezpieczeństwo w tej sytuacji będzie kluczowe



______________________
foto: Port Literacki Wrocław 2013
publikacja za zgodą Autorów