Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mariusz Sieńko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mariusz Sieńko. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 czerwca 2015

mówi mi – do zobaczenia.


Mariusz Sieńko - Robert Shap



Pan

Niezadowolony, podskakuje
w miejscu. Kręci się jak bączek. Twarz
odbita w szybie, krople krwi na schodach.
Niezadowolony z twarzy odbitej w szybie,
wierzchem dłoni ociera krew i trochę śliny.
Niezadowolony, choć już nie przerażony,
że o nim zapomniał, że go nie było tam
gdzie czekał. Uspokoił się dopiero przy
bezpańskim psie. Siedzieli na mokrej trawie,
patrząc na drzewa. Już wiedział (pies wiedział
wcześniej) że dawno odszedł, że nigdy
go nie było. I że nie jest sam -
dwa bezpańskie psy na mokrej trawie.





***

Twój bóg i jego niechęć do mnie,
w tobie trochę wzgardy. I gdy
przybijasz krzyżyk do ściany to
po wszystkim zostaje tylko trochę kurzu,
twoja spocona, nieludzka twarz.
Bóg mojego brata i jego żony, zawsze
w ich gestach, gdy witam się na progu.
Częstuje mnie obiadem, uśmiecha się,
gdy opowiadam o swoich potknięciach,
pozwala bawić się z ich synem.
I choć wiem, że dawno odszedł,
że nigdy go nie było, to na pożegnanie
mówi mi – do zobaczenia.





                              Jeżeli
                              Jeżeli Boga nie ma,
                              to nie wszystko człowiekowi wolno.
                              Jest stróżem brata swego
                              i nie wolno mu brata swego zasmucać,
                             opowiadając, że Boga nie ma.
                                                                          Czesław Miłosz

***

Milczę, robiąc znak krzyża
przy wigilijnej kolacji,
w milczeniu słucham żony
brata, czytającej Biblię.
Uśmiecham się gdy ich syn,
na baczność,
recytuje dla mnie – jestem polak
mały, ojcze nasz i wierzę w boga.
Przechodząc przed ołtarzem
w lubelskiej katedrze, klękam
przed Najświętszą Ciszą
Szukam ławki, która kiedyś była
moja. Zapach starego drewna,
modlitewnik, w nim trochę
zapomnianej miłości. Patrzę
w Oko, choć wiem, że dawno
odszedł, że nigdy go nie było
w drewnie, kropli wosku
i kamieniu.



___________________________________
publikacja za zgodą Autora

środa, 15 maja 2013

chcę tam wrócić, jeść biały ser z razowym chlebem


Mariusz Sieńko




Naan i kartofle


Jest coraz chłodniej. W ogrodzie mur
zziębnięty, że nawet cegła trąc o cegłę
nie ogrzewa naszej ulicy. Zapach chleba
naan snuje się nad glinianym piecem,

przesiewa przez bluszcz i żółte owoce -
nie znam ich nazwy, więc nie są moje.
Nie zrywam ich, omijam te, co spadły.
A może podniosę jeden dla Rahini –

wczoraj wróciła z wakacji. Zdjęcia
pustyni, sitar, wiecznie zielone drzewa,
herbata assam, ja mówię o gruzińskiej.
I mówię jej jeszcze o śniegu i gęślach.

I że chcę tam wrócić, jeść biały ser
z razowym chlebem. Rozpalać ogniska,
piec w nich kartofle, a potem je gasić.
W popiele szukać swojej twarzy.




Rozpalone


ponad wodą
budzą się wśród krzyku
nie przełamane barwy.
biały lament mew nad martwą rybą,
w jej oczach ulice
których we mnie tyle,
ten brzeg.
i gwar w głowie
pomieszany z piaskiem,
morszczyny z rankiem, popołudniem.
wieczorem już mi nie zależy
na powrocie.

wczoraj miasto płonęło
kolory, kolory i jazgot
pośród obłędu fajerwerków.
z jakim śmiechem podpalali,
z jakim zadziwieniem i rozgadaniem
patrzyły ulice w niebo.

tutaj ogień gwiazd
rozlany wśród przypływu
gaśnie i rozpala się na nowo.

jest słona cisza, kilka drzew.
rybak dobija dorsze.
z grzbietów fal patrzą na mnie
spokojne twarze.


ulice rozbijają się
o brzeg.


Londyn - Brighton 2005



Pestka


Z tą łatą mrozu na szybie -
Tak się nie starzeć, nie czekać.
Nie mieć gdzie pójść, bo śnieg po pas
W zimie, w lecie w pas nieskoszone trawy.
Dziki bez i leszczyna wchodzą mi w okna,
Podnoszą kamienie na progu.
Z tym zdjęciem przy lampce i starym
Radiem - tak się starzeję.

Chcesz śliwek, Robert? On lubił
Śliwowicę, mówił, że po niej chodzi
Pewniej. Kulał, pamiętasz? Pamiętam,
Nigdy nie kulał pewnie, przerzucał ciało
Z jednej rany na drugą, próbując biec,
Gdy wołaliśmy: kulawy, kulawiec,
Pijany kuternoga.
I niedowładna lewa dłoń. Skręcałem
Mu papierosy (najgorszy tytoń),
Pijąc wino na łące, nad wyschniętym stawem.
Patrzył przed siebie przez sinoniebieski
Dym, rechocząc ze strachu przed tym,
Co przyszło kilka lat później.

Starzeję się, Robert, on się zestarzał,
Teraz go nie ma. Mam zdjęcie, lampkę
I stare radio. Idziesz? Weź śliwki.

Węgierki, pomarszczone i wysuszone
Jak dłonie przy jej starych policzkach.
Codziennie zjadałem jedną, język
Próbował wygładzić chropowatość pestki -
Gdy rzucałem ją za siebie, robiło się chłodniej,
Cień stawał się dłuższy.


___________________________________
publikacja za zgodą Autora

środa, 27 marca 2013

Tu gdzie mieszkamy, nie jest tak łatwo


Mariusz Sieńko vel Shap


Świąteczny spacer

Znów jestem w zakonie świętej Depresji, 
gdzie przełożoną jest siostra Paranoja? 
Powtarzam sobie – ten krzyk jest pod skórą, 
a śmiech i płacz to prostowanie ciała. 

Leżeć tak tydzień? Wydrapać w ciemności 
przepustkę na światło? Otworzę jedno oko. 
Poprzypalany sedes i metalowe drzwi. 
Ten pokój nie jest mój, i nie moje okno. 

Jesteś podzielony. Który jest prawdziwy? –  
pytał patrząc na mnie, ja patrzyłem w ścianę – 
Krzyczałeś – klaustrofobia ,  i że jesteś chory, 
że nie mamy prawa. Tłukłeś głową w drzwi. 

Dostaniesz tylko mandat. No criminal records. 
Dopij tę kawę. Masz fajkę na drogę. 
Zabierz swoje rzeczy. Zostaw DNA. 
Możesz to opisać. Możesz to zapomnieć. 

Wracam powoli, noc płynie rynsztokiem. 
Miasto przystrojone, świątecznie rozpasane. 
Chociaż ciało boli, ja znów nic nie czuję. 
I nic nie opiszę. Lepiej niech nikt nie wie.



Whitethorn Street

miejsca, zamyślenia,  machnięcia ręką , 
języki, których nie rozumiem, rozmowy  
niebyłe. tu i w sobie miejsca coraz mniej. 
pokoik trzy na trzy,  
schody, kuchnia, za nią ogród. 
w nim na końcu mur  
z przepalonej słońcem cegły.  
za murem brudno-pomarańczowe niebo.  
połowa jak przetrawiony przez tryby smar, 
druga ledwie pomarańczowa. zbiornik z gazem. 
wielki. wyrównuje ciśnienie. lecz wierz mi,  
nie na tej ulicy.  bruv,  want some 
hash? you allright? could be better. 
tutaj zawsze mogłoby być lepiej. 
polak? jesteście bardzo przyjacielscy. dużo  
pijecie. kładzie pan kafelki? 
położyłem się na ulicy. 
położyli mnie, żując khat.  
roześmiałem się, zapaliłem papierosa. 
gdyby tak się spopielić, dać ponieść ich 
stopom. przesypywać pod każdym oknem, 
każdym krzakiem głogu. rozwiewać po okolicy 
do pierwszych kropli deszczu. 
jeszcze tylko nocą wszystko jest wyraźne. 
tych kilka świateł wystarcza.  



Kartografia

Tu gdzie mieszkamy, nie jest tak łatwo 
odszukać tabliczki z nazwami naszych ulic. 
Są przykręcane ponad pierwszym oknem. 
Nie lubię czytać map. Nie chcę żyć na pamięć,  
więc ze dwa lata temu, zaraz na początku, 
kilka pierwszych pytań, kilka ważnych miejsc. 
Gdzie jest costcutter, jak dojść do metra –  
pytałem czarnych, szkotów i angoli –  
gdzie kupić zioło, gdzie wódkę w środku nocy. 
Nie czułem się obco, nie byłem tutaj pierwszy. 
Jakiś czas później słyszę ich rozmowy. 
O niczym ważnym. Każdy słuchał siebie. 
Muzyki z telefonu. Gniecionej butem puszki. 
Miejski wielogłos dla zabicia czasu –  
codzienna wymiana sprawdzonych scenariuszy. 
Nieważne nazwy ulic, nieważna cała przestrzeń tam, 
gdzie życie jest na przemiał. Gdzie większość ciągle śni. 
Sen dzienny, sen nocny. Wieczorny i poranny 
alkohol oraz kawa, by zbudzić w sobie mapę. 
By wyjść i wrócić, nie wiedząc skąd ten pył 
na butach, na walizkach. I skąd na twarzy sadza.


_____________________________
publikacja za zgodą Autora