Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Jacek Pelc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Jacek Pelc. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 marca 2014

świeżość mięty puch wigilijnego śniegu


Wojciech Jacek Pelc



geometria wykreślna


wracaliśmy z pasterki.
nie było śniegu, za to trzymał siarczysty mróz,
jak Otto von Bismarck stawiał otoczenie
na baczność. kuliliśmy się.
to wtedy Anna powiedziała,
że życie należy chwytać za wszystkie rogi
i choć przez chwilę poleżeć w każdym jego kącie.

ach! jak ja kochałem ją za te słowa.
te, wszystkie poprzednie i każde,
które dopiero miały nastąpić.

nazajutrz narodził się Chrystus i spadł
śnieg. chociaż mróz nadal zakuwał
w białe kajdany najmniejsze oznaki egzystencji,
otwarci wybiegliśmy na świat, przebudzeni
jakąś nieodgadnioną siłą odbitych iskier.
tylko Anna zamknęła się w pokoju.

pewnie leży teraz w jednym ze swoich kątów.
pomyślałem i zapomniałem, że jeszcze wczoraj
nie rzucaliśmy planów na trzeci wymiar,
nie uznawaliśmy przyszłości dalszej niż świt.




nić trzecia

wszedłem, bo wciąż nie zamykasz drzwi,
bo jeszcze raz chciałem się ogrzać
przy twoim kominku. w Europie
mamy teraz czas kurzu, przestrzeń światowa

lewituje i nikt nie jest w stanie ocenić,
jak długo będziemy beneficjentami
nie swoich oczekiwań, jak długie
są korytarze pozbawione jakichkolwiek nici.

a przecież wystarczyły mi twoje włosy, głos
i zawsze dochodziłem do jasnego punktu.
po drodze zbierałem obrazy, miejsca,
układałem je w słowa, dopasowywałem do map.

i żaden M czy K, a nawet B nie potrafił powstrzymać
mojego zapału, nie zakazywał ptakom śpiewu.

przegrałem dwa życia, lecz łudzę się,
że limit jeszcze niewyczerpany, że grę zaczniemy
w miejscu ostatniej skuchy. Anno,

ty dobrze wiesz, jak łatwo jest wejść
w nałóg, więc nie dziwi cię mój widok tutaj,
kiedy skulony, jak kłębek, wyciągam ręce do ognia.


asekretna

byłaś niewinna jak loki małego Chrystusa
jak oczy dzieci z Biesłanu
mówiłaś głosem który zamiast rozchodzić się otaczał
wpływał niczym biały żaglowiec
w środek butelki po rumie

świeżość mięty puch wigilijnego śniegu
subtelny aromat poranków
to była wyłącznie twoja zasługa
i jeszcze te słowa unoszące się w karmelowym powietrzu
dopieszczone nie ostateczne

powiedz Anno co ci zrobili
bezbarwni piewcy idei równych stolików
rozkładający karty według zwykłej kolejności
sprzedawcy ubogich instynktów
poławiacze księżycowych świateł

gdzie leży granica rozszczepień
odartych wyrazów braku woalek
kiedy ją przekroczyłaś



_________________________
publikacja za zgodą Autora

środa, 16 października 2013

wszyscy modlą się w jednym kierunku i widzę ściany


Wojciech Jacek Pelc




w starych drewnianych kościółkach

w starych drewnianych kościółkach Bóg
wydaje się młodszy i bardziej rześki
(to chyba on przed chwilą zapalał świecę)
a my jemu bliżsi jakby chronologia zdarzeń
nagle przestała istnieć
jakbyśmy urodzili się wczoraj a dzieciństwo
zamieniono w rząd ławek w których zasiadać będziemy
dopiero od jutra z każdym dniem dalej
od głównego ołtarza

w starych drewnianych kościółkach światło i cień
nie rzucają pod nogi granic tańczą
stroją nieśpieszne miny albo włóczą się leniwie
miedzy amboną a prezbiterium
wyrzeźbioną w kamieniu chrzcielnicą
a z lekka topornie ociosanymi daszkami
kolejnych stacyjek drogi krzyżowej
i w końcu nie wiesz
które jest dobrem które złem za którym podążyć
któremu odpuścić lecz wiesz że to wyjątkowo twoje
misterium

w drewnianych wieżach drewnianych kościółków
kapłani zamykają miejscową noc wypuszczają ją
wieczorami a ona w zamian kotwiczy w koronach
drzew na dachach domostw
zawisa na liniach i falach telefonów
i jak opuszczona powieka Chrystusa rysuje
krótki margines odwieczne prawo do ułomności
do bycia rozgrzeszanym

nawet wiara nie ma tu nic na czym mogłaby
tak solidnie się oprzeć
liczą się tylko cuda z pierwszej ręki

*
zwiedziłem już wiele takich kościółków
wszystkie nosiły na sobie ślady zębów
lecz jak dotąd w żadnym z nich nikt mnie nie ugryzł
zawsze czułem się tam połknięty w całości




narodziny. Marienburg - januar A.D. MMXI

jest poniedziałek i jest zima. nocą
przyszedł nowy śnieg. teraz się puszy
jeszcze niesprasowany podeszwami turystów.

najpiękniej robi to między murem, a zamkiem
wysokim, tam prawie widać, jak cisza
wyłania się zza zakrętu i ciemnej

czerwieni. na średnim czterej krzyżowi
bracia odpoczywają od fleszy.
komnaty pozamykano. chcę dzwonić,

dzielić się kilkusetletnim milczeniem,
lecz najpierw wracam do ciszy.
pragnę zobaczyć jak wychodzi i stawia

pierwszy krok.



odchodzenie. Glogau - juni A.D. MMXII

jest czerwiec zanosi się na deszcz
jadę z Izą do Rapocina
wsi której już nie ma na mapie

na miejscu witają nas samotny kościół
zmarli i owady szalejące w powietrzu na ziemi
w gęstwinie traw
witają tak jakby chciały udowodnić
że ich królestwo jest z tego świata

Iza nie wierzy więc do kościoła
wchodzę sam niestety nie zastaję tam Boga
nie ma także człowieka ani najmniejszych
oznak żywej natury mszę odprawia stęchlizna
w ławkach zasiada omszały gruz

zatem szerzej otwieram oczy i widzę ofiarny stół
pasterza w uniesieniu oraz dusze (białe
niektóre są lekko przybrudzone) wszyscy modlą się
w jednym kierunku i widzę ściany
ubrane w bogate obrazy i czuję chłód posadzki
surowych kazań
w uszach dźwięczy cisza kościelnych dzwonków
a przez witraże wpadają prawdy niebieskie

potem już na zewnątrz rozmawiam z grobami
o czasach tuż po wojnie przesiedleniach
pierwszych komuniach i ostatnich mieszkańcach
o hucie która wszystko zabiła
a drzewa pochylają się nad nami nad murem
nad nieistniejącymi budynkami i zdają się
bardzo powoli dostrzegać zmiany

zaczyna kropić
królestwo owadów jest mniej ekspansywne
wracamy do miasta

z oddali wieża i dach świątyni wyglądają
jakby tętniły na zwyczajnym uboczu
drzewa usłużnie wyznaczają skraje dróg


___________________
publikacja za zgodą Autora

wtorek, 14 maja 2013

tożsamość co roku wpływa do rzek


Wojciech Jacek Pelc





moje schody rodzinne

w naszym poniemieckim mieszkaniu pokoje
znajdowały się na różnych poziomach, do każdego
prowadziły schody, a do babcinego jeszcze dwa.
strych był ciemny i pokusą, szczególnie

za przepierzeniami, które tata wykonał
z wielką starannością. tak jak sznurkowy
system do zapalania świateł. pamiętam radio
z ogromnymi pokrętłami oraz ocynkowane

wiadro w najbardziej ustronnym z miejsc
(jakoś zawsze kojarzę to z video clipem
zespołu Queen). pod schodami składałem
stare gazety i inne szpargały. tam też z siostrą

znaleźliśmy blaszaną miseczkę. po oczyszczeniu
okazała się biała, z napisami, flagą i swastyką
na dnie. przed naszym poniemieckim mieszkaniem

widziałem, jak z kamiennego schodka
mężczyzna sikał na ziemię. chyba
był pijany.

  

ziemie odzyskane nie obchodzą urodzin

powroty marnotrawne w takich warunkach są mroźne,
szczególnie, gdy już nikt nie pamięta syna,
a dom, który za chwilę ma stać się rodzinnym,
wychował naszych morderców.

w centrali miejsca mają po kilka nazw
i rozpuszczone korzenie. tożsamość co roku
wzbogaca jesienną ściółkę, wpływa do rzek,
jest wiekowo podpiwniczona.

lecz tutaj z każdej dziury wyłazi historia
i patrzy na nas dość krzywo, dlatego
nie liczymy czasu od dat, tylko od miejsc
niesprawiedliwych i do kolejnych powrotów.



„wolność kocham i rozumiem”

zawsze współczułem krajom z brakiem dostępu
do morza ponieważ to tak jakby nie móc w pełni oddychać
dożylnie dozować kakao skoro wiadomo
że najważniejszy jest efekt otwartych rąk
nad porcelitowym kubkiem

i wcale nie chodzi o plażę piasek bursztyn
czy mewy a o ten stan gdy stojąc na brzegu
dotykam nieskończoności potem odwracam się
i nadal jestem u siebie



____________________________________
publikacja za zgodą Autora

sobota, 23 lutego 2013

Wojciech Jacek Pelc

Rocznik 72, urodzony w Elblągu, mieszkaniec Żuław Wiślanych, prywatny przedsiębiorca, 
z wykształcenia - turysta, miłośnik historii, geografii i zapomnianych miejsc, poeta wolnej chwili. 
Przez dwa lata był współprowadzącym Subiektywnej Listy Przebojów Poezji Współczesnej. 

sobota, 15 września 2012

nie zapisałem twojego imienia

Wojciech Jacek Pelc




Le Toucher – Paris. Octobre. A.D. MCMXCIII


pamiętam to jak dźwięk z wież katedry
Notre Dame, codzienny dotyk paryskich portali.
jakbyśmy trzymali za klamkę drzwi Europy.

śmialiśmy się, tłumacząc niemieckim turystom
zakręty slawistyki, różnice między Danzigiem,
a Gdańskiem, dlaczego nie jesteś Jugosłowianką.

udawałaś dla mnie prostytutkę z Pigalaka
i obojętność, ja, że się przy tobie nie ubogacam.
piliśmy najtańsze wina, kradliśmy pocztówki.

pozbyłem się ostatnich franków, bo chciałaś skosztować
pieczonych kasztanów, gdy nagle wszystko się zatrzymało
na schodach Montmartre'u. potem złapała nas

muzyka i świętość ścian białej bazyliki.
kto kogo za dłoń? nie pamiętam.

nie wiem, dlaczego tamtej jesieni miasto
nie urodziło, nie zapisałem twojego imienia,

lecz za to mój Paryż ma teraz pociągłą twarz,
gotyckie rysy, zielony spokój w spojrzeniu.

środkiem płynie blondynka. Sekwana.




miłość romantyczna czyli twoje obrazy


malujesz obrazy z dala od westchnień estetów.
nie ma na nich łąk, motyli,
wszechobecnego zapachu kwiatów, słońca.
w pejzażach umieszczasz
krew, mocz i spermę. wyraźny jest brak perspektywy.

blejtramy leżą nieużywane,
a niezagruntowane płótno rozwieszasz niedbale
między spróchniałymi sztalugami.


wieczorami, kiedy bywasz zmęczona,
biorę starą szmatę i wycieram wszystkie ścieki
z twojej trudnej wyobraźni.

a potem się kochamy.


kochamy się też przedtem,
ponieważ nasza miłość jest niezwykle romantyczna.





 przy tobie. szelestem


podawaj mnie, chcę ściekać startym cukrem z ust,
po brodzie, na niespaloną obietnicę przyszłych
wypieszczeń. zaplątany w złote runo odcisnę się
gorącym śladem i zapachem malin. dreszczem

faluj wręcz, jak widok tajemnicy stanika,
kiedy opada i kulistą miękkością
podwaja rozkosze. stwardniałym drżeniem
rozbudź dla warg niezaspokojenie. proszę

zwiąż, niczym szypułka gdy wydaje na świat
soczyste owoce. podgryzane rozpuszczą
w płatkach nasiona, otworzą wszelkie granice
i zatańczą jak wiatr z drzewem, by w burzy skonać.

a kiedy zaczniesz opadać, szeroko, szelestem,
zapragnę usłyszeć w dotyku najzwyklejsze
jestem.




__________________________________
publikacja za zgodą Autora