Joanna Lewandowska
a tak
a tak się śmiejemy zrywamy boki
zrywamy gardła zrywamy się z uwięzi
jak fioletowe gołębie gruchotamy
bulgocemy tym śmiechem
jak nienormalne
a wystarczyło tylko jedno przejęzyczenie
atak
percepcja anioła
denerwuje się bo nie słyszy
a jak nie słyszy to nie ma kontroli
świat płynie w chlupotach
rozbryzgach światłach
halogenowych posłańcach
a jeszcze do tego nie widzi
denerwuje się bo nawet nie można
przeczytać z ruchu warg denerwuje się
bo wszyscy tłumacze są jakże kalecy od niej
toaleta
nie chce się myć
czystość przestała robić na niej wrażenie
choć lubi być czysta boli ją dotyk boli dotykanie
bolą ją spojrzenia nawet te czułe boli miłość
uśmiecha się kiedy stroimy ją w korale
falbanki i perfumy mówimy mamuś
jak wspaniale wyglądasz wtedy przypomina sobie
że nadal człowiekiem a nie kolejnym
błędem
bez długu
i czemu ja tak na ciebie wrzeszczę
rozpadam się na kawałki przed tobą i tym krzykiem
chcę je pozbierać jakby umieranie
można było strofować nastraszyć
jesteś winna odchodzenia
jesteś winna niedołężnienia
jesteś winna osłabienia
jesteś winna cierpienia
smutku tęsknoty krzyczę
i kulę się pod krzesłem
nie jesteś winna niczego temu światu
i tamtemu też nie
jak dobrze
och jak dobrze jest się do ciebie przytulić
poczuć stopami twoje grube specjalne skarpety
nie mogą uciskać
muszą być ciepłe
muszą być miłe w dotyku
muszą nie swędzieć
muszą być luźne
muszą nie spadać
muszą grzać
i ileż pokoleń naszukało się tych skarpet
i było warto bo teraz och jak miło
zakotwiczać się w nich dużym palcem
gołąbki
najprościej jest zapytać o nie mistrzynię
najtrudniej jej słuchać
*
kiedy jesteśmy obie a twoje zerwane łącza
piętrzą we mnie złość – jak mam to zrobić
mamo czemu nie umiesz mi powiedzieć
ile mam dodać do mięsa cholernej manny
żeby uratować w te święta wybrany naród
przed umieraniem
a tego dnia usiadł na parapecie
szary ptak chyba to był domowy wróbel
albo mazurek z pośpiechu nie uważałyśmy
bo akurat siostra dzwoniła na pogotowie
a ja modliłam się w każdej znanej mi religii
o istnienie nieśmiertelnej duszy
tyle wody
tyle wody całe jej wiadra
wlewałaś do pralki typu Frania
wystanej z trudem w kolejce
mężnie stawiającej czoła brudowi
piątki dzieci dwojga dorosłych
kota i psa
tyle dźwigania mydlin dźgania kijem
gotowania na ogniu białej westfalki
mężnie podtrzymującej domowe ognisko
unoszącej kocioł pełen bielizny
piątki dzieci dwojga dorosłych
pies nie nosił
teraz twoje ciało topnieje jak lód
zawinięte w szmaty pachnące wizirem
z bosza czy innego łirpulu
nawet nie pamiętam jak nazywa się nasza pralka
pamiętam za to że czułam się tak bardzo zmęczona
wciskając tę ostatnią pościel
w czeluść nienasyconego gardła
_____________________________________
Publikacja za zgodą Autorki
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Wpisy ad personam będą usuwane