Roman Honet

Odległość robi tak, żeby pamiętać.

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Rafał Gawin

Spis cudzołożnic ... (czytaj więcej)

środa, 30 listopada 2016

jesteśmy dobrzy w odtwarzaniu postaci fikcyjnych


 Anna Grabowska-Goldschmid



negatywnie

nie wierzymy w boga, ale jesteśmy dobrzy
w odtwarzaniu postaci fikcyjnych. na zdjęciach
wszystko. czarno białe-charaktery, pismo
śnięte między nami. pokój naszym duchom

potrzebny, najlepiej na godziny. opłata
z góry za odpłynięcie krwi. i jest wylewnie,
chociaż szczytowanie nie jest żadnym szczytem,
kiedy świadomie mamy ciągle puste ręce.

spójrz pod światło, w negatywie wycięłam ci numer;
mam zwiędnięte warkocze, białe usta z chłodu.
kamienny wyraz twarzy studiowałam długo,
do perfekcji. staliśmy się martwą naturą.



z książeczki życia marty es

marta ma zadbane mieszkanie, dzieci, cerę. od niedawna
raka. jeszcze nie wie, jeszcze wiesza pranie, na byłym mężu
- psy. coś wyczuwają zwierzęta; kiedy się szwendają
pod nogami marty, liżą po łydkach, spuszczają łby.

w dugiej strofie marta zamyka się w sypialni,
w sobie. szuka wytłumaczenia, błędów. nie wierzy
w zmartwychwstanie, żywot wieczny. cuda i dziwy
zdarzają się innym. spektakularne powroty do zdrowia,

nawrócenia. można czekać nadaremnie, lepiej działać
inwazyjnie. pozbyć się komórek rakowych. myśleć
trzeźwo. ocenić sytuację, zaplanować zabieg, zapewnić
przyszłość, jeśli nie sobie, to dzieciom, psom.

po roku marta wygląda przez okno, żegna się z dziećmi
świadomie z daleka, żeby nie czuły zapachu rozkładu
życia. mało zostaje, kiedy się traci mieszkanie,
dzieci, psy i włosy. marta ma raka, metalowe łóżko,

naczynie w kształcie nerki i przypiętą do łóżka kartę choroby,
na której w piątej strofie - znudzona cudzym umieraniem
pielęgniarka, napisze od niechcenia: marta nie miała raka,
bo to rak miał martę od początku. było wiadomo.



stygmaty

budzę się, a tu kurwa ciemne średniowiecze
wpycha święty zarodek przez otwarte usta
ze zdziwienia omdlewam, aż tu czuję - józef
z nazaretu. już nie ma ucieczki na wolność.

zamykają mnie w pierdlu. klawisze - trzech króli
grożą mirrą, kadzidłem, zamieniają w złoto
każdą owulację. urodzisz to dzieciątko,
i nadasz mu imię. najświętsza inkwizycjo,

przypomnij mi chociaż berrugete'a lub brescii,
niech przywiążą do pala, bo krzyży nie znoszę.
ech, zbyt wątłe ramiona. zasypiam na bellville,
edith piaf do snu nuci ustami kochanka

a quoi ça sert l'amour, i co mam odpowiedzieć,
kiedy we mnie owoc żywota twojego? nie,
nikt sobie z tym przypadkiem nigdy nie poradzi.
ekskomunika straszy, okno wciąż otwarte.

____________________________
publikacja za zgodą Autorki

piątek, 25 listopada 2016

Roman Honet - Galeria FRETA




Poeci Po Godzinach zapraszają na wieczór autorski:

Romana Honeta

Spotkanie poprowadzi dla Państwa: Paweł Łęczuk
 
 
 
 
 
Panu Jarosławowi Kalickiemu, dziękujemy za umożliwienie zorganizowania spotkania w Galerii. 
_________________________________
plakat:
fot. Rafał Babczyński
proj. Renata RM

piątek, 18 listopada 2016

odległość robi tak, żeby pamiętać.


Roman Honet




zimne pole
 
odległość robi tak, żeby pamiętać.
czas – żeby nie bolało.
miłość – trzyma w trudzie. pomieszany
jest kruszec w wodach galaktyki,
wściekły i cenny. choćby i to,
że zobaczyłem lato, biel rozsypaną
w ptakach i muzyce, zegary,
a to było dno rzeki, zmącony osad. choćby i to,
że dotykałem znowu twojej głowy,
a to był powiew wiatru,
w zimnym polu
kamień, trupi puch




funkcjonariusze

zamarznięte jezioro i ryba
leżąca w śniegu jak nóż po przejściu procesji.
i oczy znikające w głębi nade mną

i ciemni, zdziwaczali starcy w oddaleniu,
rozprawiający o terrorze słowa. daleko
można wędrować i się nie przebudzić.

daleko. ten dzień po rybiej śmierci,
mroźny i samotny – i śmiech
jak okno dźwigane za trumną,

i ręce starców, kołyszące się
i zniewieściałe, jakby nie potrafiły
tego okna uchylić w porę –

jak gdyby było tam to,
co im przypadkiem umknęło.

a był tam świat




rozmowa trwa dalej

*
zjawiasz się tam, gdzie byłaś
w moich oczach – wszędzie.
odwrócona ode mnie wczoraj,
dzisiaj nic nie dalsza ode mnie

jakbyś zasnęła w biegu mojej krwi,
by nie było nocy bez ciebie

*

od piętnastu lat nie zasnąłem,
by nie było nocy bez ciebie

od piętnastu lat nie zasnąłem,
żebyś ty na chwilę zasnęła

*

jak gdyby moje noce nie były skrócone,
obrócone do wódki, która płynie między
czasem przeszłym a czasem nieważnym,
plącząc i oddalając wszystko

oprócz pamięci

*

poczytaj mi:
ból – instrukcja obsługi. poczytaj:
ciało – przewodnik po cieniu

*

nie doczekałaś już swoich urodzin,
zimy nadciągającej w blasku stroboskopu, kiedy pędzące
pociągi przemieniały się w niebieski płomień
w miasteczku nad krętą rzeką

*

nie czekaj na mnie,
zostaliśmy sami – ściszony głos
znad brzegu, ale czy to śnieg,
czy twoje ciało pośmiertne powraca,
nie mogąc ustać, nie wiem.

śnieg zawsze ma datę

*

może sypałby na zimowe pole,
na akustyczne ekrany przy autostradach, a ty biegłabyś obok,
oszroniona od dzwonków i wstążek –
iskra – siostra gwiazdy

*

należałaś do mnie krótko i prosto. collie,
wyrzucający w górę obłok ceglanego pyłu,
anioł niosący nam żurawinówkę

*

to wszystko już się wydarzyło.
to wszystko zacznie wydarzać się wiecznie

*

kurwy mnie wiozły na wózku widłowym
przez plamy oleju maszynowego w opustoszałych fabrykach,
przez elektryczne monstrancje nad sklepem spożywczym,
puste niedziele w miasteczku

gdzie pobiegli do parku dziewczynka i pies
w zimowy wieczór, dawno

żyć
przyjechałem

*

szepczę.

szept przypomina węża,
ale oś ma w pionie

*

zwłaszcza szept o czasie,
kiedy były perony w czerwonym blasku zachodu,
dzieci w porcelanowych koszulach dźwigające lampiony,
całe roje; gdy brzmiał okrzyk

– mróz! –

i ciche uśmiechanie się z powodu mrozu
młodej kobiety, jej mrużenie oczu:
czas, kiedy miłość była największa
na świecie

teraz nie ma świata

*

tej,
która się wtedy uśmiechała,
także już nie ma

*

czytaj mi jeszcze:
zmory – koleżanki z klasy, powtarzaj:
przeszłość – dni, które wciąż trwają.
rozejrzyj się

*

czasem chciałbym mieć ciebie raz jeszcze:
ten sam układ
tych samych genów

jakby nie było.
nie minęły lata

*

czasem jeszcze chciałbym skosztować
tamtego pokarmu, pyłu
spadającego na odsłonięte ramiona,
ale nie został nawet cień pokarmu,
nawet pył

*

tyle przybyło – elektryczne znicze,
zbiornik propan butanu do kremacji,
wyświetlacze w nagrobkach

tyle natrudzono się
nad snem, nad płomieniem,
ale robactwo
to wciąż forma ognia

*

postarzejesz się w miastach ogromnych,
muzeach i bibliotekach, od których pójdzie
łuna nowego pisma i instalacji. (to delikatne istoty
tak natrudziły się, prześcigiwały).

tak się nie stanie

*

tak: inne kobiety
popychają wózki. inne kobiety szepczą:
cicho, las

*

(a może przejdę obok twojego domu, może
pójdę do parku wzdłuż rzeki, zabiorę
chleb dla kaczek, zastygających
na wodzie jak krople wosku)

*

więc: ciągle mi się zdaje,
że znowu się spotkamy,
że cię zobaczę – wieczorem
obok kapliczki pod twoją obroną, pod gałęziami
okrytymi szronem

*

moje ręce, większe już teraz,
pewnie nie pasowałyby do twojej
twarzy

pewnie odwykły,
lecz nie wielkość miary
i przyzwyczajenie, ale czas trwania ciszy
poświadcza rozstanie

*

więc:
co zostało przerwane, to zaledwie życie.
rozmowa trwa dalej


__________________________________
publikacja za zgodą Autora