Roman Honet

Odległość robi tak, żeby pamiętać.

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Rafał Gawin

Spis cudzołożnic ... (czytaj więcej)

środa, 22 lutego 2017

W opady topniejących chwil, kruchych kapsuł na osi czasu



Piotr Gajda


Rozmowa z Doktorem Śmierć

Dying is not a crime

Z pustego w próżne, z próżnego w próżnię, z próżni
w próżność, z próżności w prószenie sekund. W opady
topniejących chwil, kruchych kapsuł na osi czasu,

w których zamarło życie ze strachu przed końcem.
Lecz cóż miałby on wieńczyć? Trwanie Sfinksa,
pogrążone w galopującej erozji? Skoro zesztywniało się

z trwogi, już lepiej być gnomonem i rzucać cień
jak serce za przeszkodę. Tak, jest pan śmiertelny!
Proszę wyobrazić sobie taki obraz: pająk zaplątany

w nici czasu. Śmierć tymczasem czeka. Żyje w pajęczaku,
płynąc w jego układzie krwionośnym, w którym krew
wylewa się do jam ciała, obmywając je i dostarczając

składników pokarmowych i tlenu. Kto tu jest
drapieżcą? Wynikłe z tego pytania konsekwencje
jawią się jako kwintesencja sensu, a niekonsekwentne

jest wyłącznie ciało. Narodzić się tylko po to, aby zwiotczeć.
Wakat duszy w organizmie biorcy ma swoją trupią
logikę. Jest niedziela, godzina piętnasta trzydzieści

cztery. Czy wydarzy się godzina szesnasta, osiemnasta
albo dwudziesta czwarta, tego nie można być pewnym,
doktorze! Ale też nie warto o tym myśleć po latach

dryfowania z prądem. Jak źdźbło, papierowa
łódeczka z dzieciństwa, która rozpuszczała się
i zmieniała w mokrą kartkę, wyrwaną ze szkolnego

zeszytu, zanim dotarła do wyimaginowanego portu.
Była jak palimpsest, zapisany wilgocią krążącą po ciele,
aż zapomniana, wyschła niczym koszula wisząca na starcu.




Klątwa

Dopuszczamy do siebie wszystkie smaki spienione
śliną, żeby gładko ściekały przez przełyk,

inaczej niż słowa, co nieraz utknęły w jego odpływie.
Czekać na przypływ, znaczy zapatrzeć się na księżyc
jak na zakrzywiony nóż, jakim kroi się mięso,

przecina ścięgna, na których wisi wola życia,
nasze ruchy w przód, skoki w bok lub w zupełną

ciemność. Rozumie się, że po omacku, jak ślepiec,
kiedy rozpoznaje rysy obcej twarzy i nagle wzdraga się,
bo to nie jest twarz człowieka. W gruncie rzeczy tracąc

grunt pod nogami, zaliczamy właściwą naukę,
zamiast tej pseudo, a właściwie to psycho,

skoro każdy przeczytany dystych będziemy przeliczać
na tłuste albo postne kalorie, wkładać w usta palce
niczym frazesy, żeby bez przeszkód pojechać do Rygi,

błędnie zaliczanej do ligi miast obryzganych treścią
wsobnych dialektów, jako że wszystkie są efektem jo-jo.





Dowód

Dlaczego akurat trzystu? A nie, dajmy na to,
siedmiuset? Ilu poetów zmieści się na łebku

szpilki? Oto jest powód do dysputy rozciągniętej
w czasie podobnie jak próby potwierdzenia hipotezy

Poincarégo. Równie daremne, co bezsensowne,
jeśli z metafory niczego nie pojmą napierające masy,

z hukiem roztrzaskując się o składnię niby zadarty
dziób concorde’a o uskok. Niech dalej wyjadają

gówno spod nawożonego drzewa poznania
dobra i zła! Trylion much nie może się mylić,

z jakiego więc powodu miałby podrywać skrzydła
na jedno zawołanie? „Każda trójwymiarowa zwarta

i jednospójna rozmaitość topologiczna bez brzegu
jest homeomorficzna ze sferą trójwymiarową,

czyli brzegiem czterowymiarowej kuli”.
Doprawdy? Możecie sobie krzyczeć o tym do woli,

bo kto uwierzy gromadce ściśniętej bez ładu
i składu na fabrycznie wymodelowanej główce,

że najogólniej chodziło jej o to,
jaki kształt ma Wszechświat?




Opublikowane wiersze pochodzą z tomu „Śruba Archimedesa” wydanego nakładem Domu Literatury w Łodzi i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Łódź 2016
______________________________

Publikacja za zgodą Autora

wtorek, 14 lutego 2017

to nieprawda że możesz powiedzieć wszystko


Dorota Nowak




pył

chcesz zobaczyć moje podskórne rwące się myśli
o tej porze dnia w której widać jak z lekkością
podnosisz kamienie układasz jeden na drugim
jakby miały sięgnąć słońca rozbić je na fajerwerki

tymczasem ziarno piasku które mam od ciebie
wyciska łzę toczy się powoli rani naskórek
ściera w pył twój zapach ślad i moją wilgoć
nasze my ukryte w przezroczystości diamentu

twoje imię łasi się ociera wraz z piaskiem o kamień
drapie pazurem jak krzesiwo rozpala ogień
a ty bardzo chcesz zobaczyć iskrę rozkruszony głaz
światło nad tlącym się nieustannie ogniskiem





antidotum

mój przyjacielu słucham twoich opowieści
one budują wydłużają dzień uśmierzają
stary kocur siada między nami chowa pazury
uczula rozpylając sierść w pomrukach

wczoraj mówiłeś o zabłoconych butach
o wstydzie gdy stawiałeś je w szeregu razem
z lśniącymi cholewkami z zadartym noskiem
o zaciskaniu pięści by nie rzucić się na bruk

przyglądam się twoim dorosłym stopom
one przenoszą życie na drugi brzeg do miejsc
w których matka czyści buty przed podróżą
ustawia lśniące całuje czoło na dobranoc





drobiazgi

nie prosić o drobiazgi o słowa
wytrzymać rwący nurt przepłynąć wpław
to nieprawda że możesz powiedzieć wszystko
gdy przyjaciel deklaruje wieczność

za piątym razem już wiesz że słońce
gaśnie powoli zachodzi odchodzi
tylko kamienie wydają się być niezniszczalne
szczególnie te na drodze i te z nieba

czy potrzebny jest widok matki
pchającej wózek z dzieckiem które nigdy
nie postawi stopy na kamieniu nie pobiegnie
by spojrzeć w niebo by widzieć?



______________________________________
Publikacja za zgodą Autorki

piątek, 3 lutego 2017

powrót tylko w przypadkowych częściach



Piotr Mosoń


trzydzieści trzy i jedna trzecia

ta pierwsza prosiła bym mówił jej coś o sobie
ta druga nazywała kochasiem, który już odszedł
ta trzecia tak chciałaby moją żoną być

następnych nie pamiętam
choć uganiałem się za nimi jak jakiś dziki
spotykałem w dziwnych miejscach o dziwnych porach
przyspieszały mi oddech
dodawały blasku
poszerzały źrenice

nie pamiętam ostatniej
to dziwne
a żadna z nowego pokolenia
nie zadziałała już w ten sposób
choć były czystsze
nosiły się schludniej i wpadały na dłużej

cd to jednak nie winyl
więc miłość też już taka jakaś
płaska



 
noc w Wilnie

beton skrzypi i potrząsa hotelem. zwykła febra na wylot
czy zaplanowane całe lata temu suchoty? jest tak sypko
ze ścian, że podświadomie macam ciemność w poszukiwaniu

przerywanych linii. badam mapę spoin i boję się przebić
nad miasto. splunę, zanim wniknę w labirynty pęknięć niczym
nieświadomy przechodzimur. taki mój wkład w tę litewskość.

pamiątki po kacapach - zbyt niskie parapety - wciskają mnie
w głąb. trzynaste piętro to pierwsze piekło dla aerofobów.
i jeszcze ten świst jak pozor, że świtu nie będzie, że powrót

tylko w przypadkowych częściach. więc na wszelki wypadek
zostawię stosowny kamyk na wzgórzu Gedymina dla tutejszych,
ale nie bądź zazdrosna - taki sam zawiesisz na szyi. wczoraj

zachwycałem się smakiem świeżych cepelinów ze skwarkami.
obym jutro mógł złożyć własną ostrą bramę z ciepłych dłoni,
a nie betonowe kręgosłupy pod wiatr. po polsku do mnie szepcz.

modlitwy przetłumaczą się same. Panie bez narodowości. pozwól
już nie wracać na żadne piętro ponad mój strach, poprowadź nawet
z podwiniętym honorem. a windy niech skrzypią i obudzą brzask.




rozmowy niewydarzone

porozmawiałbym z tobą, tak szczerze, do bólu i pełnymi chęci
ustami. zawsze coś przeszkadza - pociąg, który się nagle
nie spóźnia. natrętny, perfidny dzwonek firmowej nokii.

kolejny kanał z włoskimi serialami (to do nich się przykuwasz
spoconym pilotem). następny rozdział niekończącej się książki,
choć przecież oboje już dawno wiemy, jak to wszystko się zamyka

i kto kiedy kogo, a potem wcale nie uciekł. porozmawiałbym,
ale słowa nam się mijają spiralnie. jak w helisach - ciągle
za bardzo w lewo. ciągle nazbyt neutralnie, by się rozwinąć

w drzewo wątków, dygresji i niuansów. ledwie z zagrożeniem
ewentualnej okazji, że z niej mogłoby wykiełkować coś więcej,
niż wielokrotnie sprany dowcip o ślepym krecie i majowym śniegu

na zachodach nizin. jakże ja porozmawiałbym z jakąkolwiek tobą,
tą dzisiejszą, czy też tą sprzed pół życia. byle już! natychmiast!
teraz! ale słowa wrosły mi jakoś głębiej w podniebienie. czuję

ich bunt. kopią konwulsyjnie po języku. nic z tego nie rozumiesz,
prawda? więc będzie znowu swojskie "nic", ale najwymowniej
kochasz mnie za to, że po mistrzowsku umiem milczeć, gdy trzeba.


______________________________________
publikacja za zgoda Autora

 






 

niedziela, 22 stycznia 2017

ulotność chwili w której ciało staje się nieodmiennie stałe

Krzysztof Mich



cięcie

stała przed nim naga nieco skrępowana
jakby próbowała się okryć włosami
nie wiedziała za co jej płaci
myślała że będzie ją obmacywał
a potem gwałtownie zdobędzie
niektórzy mężczyźni tak robili
ale nie on

to nie była żądza fascynacja ani miłość
nie pociągała go tak jak mężczyźni
wiedział że musi jej obciąć głowę
nie była tak doskonała jak archetyp
Simonetty na proporcu rycerskiej kopii
tylko on miał pozostać

patrzył na jej blade ciało i myślał
w którym miejscu przeciąć jej szyję
na wysokości podbródka czy obojczyka
wiedział że z resztą sobie poradzi
doda inną głowę zamaluje bliznę

tajemnicy zbrodni nikomu nie zdradził
ludzie Lorenza wiedzieli swoje
mówili że dostał pieniądze nie czuł winy
w końcu dali mu rozgrzeszenie

był przecież stwórcą

uformował boginię z dwóch kobiet
jak muszlę pod stopami
i jednym tchnieniem ofiarował
nieśmiertelność





klamka

w szpitalu Murray Hill zima
białe prostokąty opanowują budynek
jak wycięte w ścianach przeręble
jak bramy do ostatecznego wymiaru

Fritz Glarner jeszcze nie przeczuwa
że gwałtowny przeciąg
zamroził linie i prostokąty
nie dostrzega zmiany
inercja jego oczu powoduje że
skrajne barwy jeszcze wirują
jeszcze walczą pomiędzy sobą
przeskakując po dwa stopnie
ma nadzieję że figury
wkrótce zamienią się miejscami

dopiero gdy naciska mosiężną klamkę
i zmienia biały kwadrat w trapez
pojmuje ulotność chwili
w której  ciało staje się
nieodmiennie stałe
a kolorowe kwadraty
pogrążają się w bieli
sztywnieją




włos

obserwuję z daleka
jak uparcie patrzysz
na kołnierz jego koszuli

jakbyś dostrzegła włos

drażni poczucie estetyki
jak trójką wrzucony pomiędzy
niderlandzkie kwadraty
jak mnoga perspektywa portretu
śpiącej w fotelu siedemnastolatki

wyniosła tancerka bizantyjskich ikon
zauważyła zbyt nagle pohamowane
mimowolne drgnienie
bladej dłoni pensjonarki

pomyślała jednak
że to Minotaur który narodził się
w labiryncie pracowni machnął ogonem
i prześliznął się pomiędzy żółtą plamą
a czerwonymi paciorkami

ona po prostu
jeszcze nie wie


________________________________
Publikacja za zgodą Autora

sobota, 14 stycznia 2017

a przecież mamy jeszcze w sobie ciepłe miejsca


Paweł Biliński




twoje miasto

lubię zwiedzać twoje miasto
godzinami niespiesznie poznawać
łagodne linie rozwidlonych ulic
błądzić po gładkich placach
wzgórzach i wilgotnych zaułkach

w twoim mieście mam ulubione miejsca
dobrze mi znane dzielnice
których długie sine arterie
w godzinach wieczornego szczytu
tętnią od słów i płytkich oddechów

o tej porze twoje miasto
jest pełne drżenia i krzyku
głęboko w ciemnych korytarzach
szybka jazda pociągami metra
trwa aż do świtu przebudzenia
rozprysku światła na końcu tunelu





przemarzanie

najokrutniejszy miesiąc to jednak grudzień
jeśli wierzyć słowom piosenki i korzeniom drzew
kurczowo wczepionym w martwe trzewia ogrodu

w grudniu miłość jest prawie monochromatyczna
tak mówi widok za oknem i twoje chłodne oczy
gdy padają pytania o początek i koniec
zwłaszcza te o koniec

a przecież mamy jeszcze w sobie ciepłe miejsca
więc podejdź przyłóż rękę i spróbujmy uwierzyć
że można zostać tak jeszcze przez chwilę
zanim przysypie nas zima
przykryje ziemia




światy równoległe

wychodzisz przed dom i kochają cię schody
kocha cię trawnik drzewo dym z komina
sterta świeżo zgrabionych liści

kocha cię furtka w płocie i głosy na ulicy
bezpański pies i ten sąsiad
który nienawidzi wszystkich

ale ciebie kocha
przelatujący właśnie samolot
oraz agencja NASA która wysyła
kochającą cię sondę w stronę nieznanej galaktyki
gdzieś na peryferiach rozkochanego w tobie wszechświata

a ja wychodzę przed dom i myślę
że przed taką miłością nie ma dokąd uciec



____________________
publikacja za zgodą Autora