Agnieszka Jarzębowska

Później od last minute ... (czytaj więcej)

Fotorelacja

Wieczór poezji w Krakowie

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Paweł Biliński

Przetrwać uda się nielicznym.

niedziela, 7 grudnia 2014

Ostanki Anki Blaschke



Rękopisy nie płoną nigdy –  Ostanki Anki Blaschke

22 listopada 2014 roku w słynnej krakowskiej Pracowni pod Baranami odbył się wieczór poświęcony Annie Blaschke, prozaiczce, "poetce po godzinach", założycielce i wieloletniej reżyserce Grupy Teatralnej Porfirion. Interdyscyplinarny program spotkania wyznaczyły rozliczne zainteresowania Anki: teatr, kabaret, dobra piosenka, poezja, proza. Wszystko zaplanowała i napisała dawno temu bohaterka tego wieczoru.
Wnętrza Pracowni ledwo mogły pomieścić przyjaciół, znajomych, bliskich Ani. Jeżeli miarą wielkości człowieka jest jego rodzina i przyjaciele, Ania powinna być nazywana po prostu... wielką. Tatiana Jachyra znakomicie poprowadziła wieczór.
Przede wszystkim oddała głos Ani, czytając pełne humoru i ironii fragmenty jej autobiografii. Juliusz Rafeld wraz z Katarzyną Bekier przygotował znakomity prezent poetycki, Robert Miniak stworzył niezwykle trafny opis Anki. Piękne dziewczyny z Porfiriona zaśpiewały piosenki, których aranżację stworzyła Ania, z kolei Wojtek Mszyca, poeta z gitarą, zadbał o liryczno-muzyczne zakończenie wieczoru. Poeci po Godzinach dopełnili dzieła, jak zawsze byli "na maksa" i sprawili, że wieczór był niezapomniany. Daniel Baca przygotował prezentację, która bardzo trafnie dopełniała wspomnienia. Całość nagrał Bartek Blaschke, świetny reżyser, dokumentalista, a prywatnie syn Anki. Renata Mszyca, Barbara Kapałka Miłek i Tatiana Jachyra, pomysłodawczynie i reżyserki tego wieczoru, znakomicie wyważyły program pomiędzy tonem serio i buffo -  konwencjami jakże bliskimi Ani.    
Każdy z nas zapamiętał Anię inaczej - jako panią od biologii (przez wiele lat uczyła, jak mawiała, tego co mają w środku motyle), jako super: mamę, babcię, ciocię, przyjaciółkę, koleżankę. Ania miała rzadki dar nieowijania w bawełnę - niczym lancetem oddzielała szybko i sprawnie dobro od zła, ziarno od plew. Nie traciła czasu na frazesy. Była chodzącą pasją: do życia, do ludzi, do sztuki. Dla mnie była magikiem: całą sobą uczyła mnie największej sztuczki - odważnego życia w zgodzie ze swoim temperamentem 
i swoim talentem.
Rękopisy nie płoną nigdy, a znakomici ludzie jak Ania Blaschke, nie umierają nigdy. Żyją w uśmiechu dzieci i wnuków, w słowach i w sercach przyjaciół. Życzyć sobie należy, żeby to nie były ostatnie Ostanki, ale pierwsze, zapowiadające kolejne. Ledwo zdążyliśmy przeczytać kilka wpisów z bogatej biografii Ani, a przecież powieść nie skończona....
Nie potrafię o Ani pisać w czasie przeszłym, jak kot w pustym mieszkaniu, lekko obrażona, czekam aż przyjdzie i powie, że znowu gramy Szekspira...
Magdalena Bąk





Anka zawsze kojarzyła mi się z krótkimi włosami, niskim głosem, spodniami i takim zwyczajnym "byciem" wszędzie i zawsze. Ale obok tego miała taką ościstą naturę, po przytuleniu do rany przyłóż, jak lek, ale ogólnie sama sobie, jak silna roślina w trawie, nie w tłumie. Czasem omijana jak oset. 
Jest taka roślina, nazywa się Ostropest. Niby zwyczajny oset, ma kolce, ale ma też piękne kwiaty i ma 
w sobie coś najcenniejszego - Sylimarynę.  Lek nadziei, kiedy nadziei nie ma.

Robert Miniak







ANIA BLASCHKE, PRÓBA CHARAKTERU

Kiedy myślę Ania Blaschke pierwszą rzeczą, która mi się nasuwa jest młodość. Może się to wydawać zaskakujące, zważywszy na fakt, iż poznałem Anię w 2005 roku podczas wieczoru promującego mój debiutancki arkusz poetycki, kiedy miała 54 lata i jak to sama określała, była „świeżo upieczoną emerytką”. Jednak było w jej osobowości coś, co już od pierwszych chwil redukowało dystans wynikający z różnicy lat i po kilku spotkaniach czułem, że rozmawiam z rówieśniczką, z dobrą koleżanką z ławy szkolnej (albo może raczej z pokoju nauczycielskiego, gdyż, podobnie jak Ania, jestem nauczycielem, 
co stanowiło zawsze między nami naturalną płaszczyznę porozumienia). I nie miało to nic wspólnego 
z pozowaniem na wiecznie młodą poetkę, artystkę czy coś w tym stylu. Ania często gęsto mówiła o sobie „stara baba”, „babcia”, „emerytka”, „starsza pani”, bez krzty kokieterii, która tylko czeka w takich momentach na litościwe zaprzeczenie. Było w tym coś szalenie naturalnego, prawdziwa młodość duchem, promieniejąca z Ani i udzielająca się wszystkim dookoła. Ta jej cecha niezmiennie mi imponowała i dawała nadzieję, na to, że ja sam mam szansę, jej wzorem, uniknąć zramolenia 
w przyszłości. Drugą rzeczą jest otwartość. Nie znam wielu osób równie otwartych jak Ania. 
Jej niezmordowana chęć poznawania nowych rzeczy, nowych ludzi, ta dziecięca niemal gotowość na nowe doświadczenia, była zawsze godna podziwu. Przyrodzona kontaktowość w znacznej mierze jej to ułatwiała, ale nie stanowiła o jej istocie. Istotą otwartego umysłu Ani była trzecia jej cecha: mądrość. 
W swoim życiu spotykamy czasami bardzo inteligentnych, obytych, oczytanych ludzi. Ale rzadko kiedy możemy bez wahania powiedzieć o kimś, że nosi w sobie mądrość. O Ani, chociaż zawsze podkreślała, że nie jest ani bardzo oczytana, ani żadna z niej erudytka, bez mrugnięcia okiem, mogę powiedzieć, że taka była. Mądra w sposób naturalny, nieupozowany, oparty na wielu niezwykłych, często bolesnych doświadczeniach, z których Ania po prostu wyciągała właściwe wnioski. Łapałem się nawet czasami na myślach typu: „Boże, jak ja bym chciał mieć taką babcię, albo ciocię”. Ci, którzy mnie trochę znają, wiedzą, że tą ciocią Ania nieomal została. Ale to osobna historia.

Nie mówię tego wszystkiego tylko dlatego, żeby tworzyć jej laurkę czy spiżowy pomnik, albo że tego wymaga charakter dzisiejszego wieczoru. Ania, jak wszyscy, miała też swoje wady i słabości, jednak nigdy nie przysłaniały one tego, co w było w niej najważniejsze. Chcę po prostu z głębi serca opowiedzieć o Ani jako o człowieku z krwi i kości i o moim osobistym spotkaniu z nim. A właśnie tak ją widzę: młodą dziewczynę w sześćdziesięcioletnim ciele, otwartą na świat i ludzi, mądrą tą samoistną mądrością płynącą z dobrze przemyślanego doświadczenia. A przy tym obdarzoną cudownym, autoironicznym humorem, świadczącym o zdrowym dystansie do samej siebie. Niezwykle naturalną i szczerą. Czasami szczerą aż do bólu. Dosłownie. Żeby temu spiżowi nadać ludzie rysy i pęknięcia, a jednocześnie udowodnić postawione przeze mnie tezy, pozwolę sobie przytoczyć kilka soczystych anegdot i oddać głos samej Ani, której słowa, charakterystyczny sposób mówienia i barwa głosu dźwięczą w mojej głowie, jakbym ją słyszał przed chwilą, konsultując godzinę temu moje dzisiejsze wystąpienie.

Kraków, Szeroka 16, Synagoga Poppera. Właśnie skończył się mój pierwszy w życiu wieczór autorski. Podchodzi do mnie starsza pani i wręcza mi moją książkę.

- Ani – mówi krótko.

Przykładam cienkopis do pustego miejsca pod tytułem na pierwszej stronie.

- A my się znamy – jej głos ma w sobie coś z dziecięcej przekory.

Spoglądam zdumiony, szukam w pamięci, ale nie znajduję choćby odrobiny jakiegokolwiek skojarzenia.

- Doktorowa jestem – wyciąga rękę – z Pepy.

To wprowadza mnie w jeszcze większą konsternację. Podaję jej rękę, ale myślę w duchu: Z jakiej „Pepy”? Ale o co chodzi?

- No z Poezji-Polskiej, komentujemy tam sobie swoje wierszyki. Pisałam przecież, że będę, to jestem.

Dopiero teraz w jednym błysku wraca do mnie wszystko. Doktorowa! No pewnie, napisała pod wiadomością o moim wieczorku, że się wybiera, ale z przejęcia zupełnie o tym zapomniałem.

- Ach, jasne! Bardzo mi miło – odpowiadam i dopisuję do dedykacji jeszcze parę słów. Oddaję jej tomik.

- No, to na razie tyle, ale my musimy się jeszcze spotkać i sobie na spokojnie pogadać. Teraz mam na ciebie namiary, to się niedługo odezwę. Idę już, bo tamuję kolejkę. To do zobaczenia.

Takie to były początki mojej znajomości z Anią. Od tamtej pory Ania zawsze wciągała mnie do udziału 
w inicjatywach realizowanych w Domu Kultury na Kurdwanowie i innych miejscach Krakowa. Wspólnie też wyjeżdżaliśmy na kilkudniowe zjazdy nieformalnej grupy Poeci-po-Godzinach.

Druga anegdota dotyczy naszej rozmowy na jednym z takich zjazdów.

Siedzimy sobie przy wielkim, zadaszonym grillu. Jest bardzo późno w nocy, druga, może trzecia. Dawno się skończyły wszystkie przewidziane na dziś atrakcje, niektórzy jeszcze snują się to tu, to tam, ktoś, chyba Rafał Gawin, głośno dyskutuje gestykulując przy tym obficie puszką z piwem. Część osób już śpi. Ania wstydliwie podsuwa mi kilka karteluszek z ręcznie zapisanymi wierszami.

- Przeczytaj i powiedz mi, co sądzisz.

Biorę kartki, czytam.

- Ale jak jest gówno warte, to masz mi powiedzieć, że to jest gówno.

- Ok, będę szczery – odpowiadam.

Przerzucam strony. Czytam kolejny wiersz.

- A to o tobie. Tylko się nie obraź.

Czytam z tym większą uwagą, natrafiam na taki fragment:
Pan jest poetą nawiedzonym.
Pan myśli, że pan pisze WIERSZE.


Czytałam nic z nich nie rozumiem.
Może podobny panu zgadnie.
Odchodzę. Nie ma o czym gadać.
Pan Nickiem jest.
Lub nikim
dla mnie.

No to pojechała po bandzie, myślę sobie.

- No i co? Nie obrazisz się na mnie?

- Nie, wiersz jest całkiem w porządku – mówię zaciskając zęby.

- No bo ja naprawdę nie rozumiem tej całej współczesnej poezji. Dla mnie to jeden wielki bełkot. Ale na pocieszenie powiem Ci, że twoje wiersze wcale nie są najgorsze. Niektórych w ogóle nie mogę czytać. OK. A teraz twoja kolej. Masz zjechać te wierszyki z góry na dół. Wytknij mi wszystko, co ci się nie podoba.

- Jak sobie życzysz, Aniu – odpowiadam z zawadiackim uśmiechem.

I ostania anegdota, sprzed paru miesięcy, z jednej z naszych rozmów przez Skype, w czasie, kiedy byłem w Londynie.


- No to bardzo się cieszę, że wszystko w porządku i masz dobre wyniki – mówię.


- A ja się w ogóle tym nie przejmuję. Traktuję to jak każdą inną chorobę: katar, grypę, anginę.


- Nowotwór to jednak chyba coś innego, Aniu.

- Dlaczego coś innego? Choroba to choroba. Co ja mam leżeć, patrzeć w sufit, wylewać łzy nad sobą 
i zamartwiać się tym, co będzie w przyszłości? Mam większe zmartwienia. Dzieci, wnuki. Browar choruje już ze starości. Właśnie jadę do Irlandii, żeby pomóc Ajecie. To jest dla mnie ważne.

- Nie wierzę, że nie myślisz w ogóle o sobie – ripostuję.

- Myśląc o sobie tracisz z oczu to, co dużo ważniejsze. A poza tym myślę sobie tak: dzieci wychowałam, wnuki też w miarę odchowane, życie zawodowe dawno zamknięte, kariery żadnej już nie zrobię. Nawet jakbym miała odejść, to niczego nie zostawiam w połowie, wszystko doprowadzone do końca, podsumowane. I tak miałam dużo szczęścia, że doczekałam takiego momentu. Po co się zamartwiać, 
i tak żyć wiecznie nie będę.

Będziesz, Aniu. W naszych sercach i w swoim dziele. Dziękujemy Ci, że byłaś z nami, dziękujemy Ci, że ciągle jesteś. Wiem, że mnie teraz słyszysz. I ja słyszę Ciebie jak mówisz: No dobra, już. Skończ Wołoszynie, aleś się rozgadał. Daj teraz dziewczynom coś zaśpiewać.

 Grzegorz Wołoszyn












































List do Anki


            Nie żegnam Cię, bo przecież jesteś, siostro łóżkowa, we mnie cała.  Pamiętasz jak mnie wykolegowałaś z mojego wyrka o 6 rano w lodowaty poranek, a ja z rozdziawioną japą zostałam w zimnej kuchni nad szklanką ( na szczęście ) gorącej herbaty? A szeptanki wieczorne w Twoim i ciut moim krakowskim pokoju? O, jeszcze bułki z kiełbasą i ogórkiem małosolnym wsuwane na schodach sklepu 
w podkrakowskiej wsi? I wódeczkę z probówek, co to Bonę pokonały? I jeszcze tyle wspólnych chwil na Wrzosowie, nad morzem i każdym zjeździe, zwłaszcza, gdy tworzyłyśmy duet, który bardziej nadawał się na marcowy koncert niż wieczorne śpiewanki ? Pamiętasz! Ja też i nie zapomnę, bo Ciebie zapomnieć nie można. Nawet nie wiesz jak wiele mi dałaś, no może trochę wiesz, ale nie zdążyłam Ci powiedzieć wszystkiego, dlatego teraz piszę. To dzięki Tobie uwierzyłam w siebie, przestałam się bać, odważyłam mówić do ludzi. Potrafisz zarazić – Twój entuzjazm i wiara w to co robisz popycha nawet takiego ćmoka jak ja. I wiem i Ty to wiedz, że obojętnie w jakich obłokach teraz bujasz, to jesteś tam i tu z nami. 
I w Twoich wierszach.

A oto cała Ty:

*Na czarną godzinę


Jak grosik do grosika
zbieram promyki słońca
chowam do szkatułki
na potem
kolekcjonuję moje radości
ukrywam w szufladach
na potem
każde najmniejsze szczęście
zauważalne tylko dla mnie
zapisuję w sercu
na potem


a kiedy gorycz zalewa oczy
smutku kurtyna przesłania świat
wyjmuję wszystko
rozkładam w pamięci
zamknięte strony życia
otwarte karty duszy
i mocnym tupnięcie
odbijam się od dna”

i jeszcze




*Poetka?


Wyobrażałam sobie -
poeta jest istotą wrażliwą
delikatną i zwiewną
unosi się lekko
ponad szarością tego świata
spojrzałam na siebie -
nie zauważyłam
żadnej z tych cech”

Ech – patrzyłaś chyba w krzywe lustro!


 Ewa Beznar

* Anka Blaschke z tomiku "Szybkie sny"



______________________________________________________

Rodzina Ani będzie wydawać profesjonalną płytę z utworami jej autorstwa. Gdyby ktoś chciał dołożyć swoją cegiełkę do płyty, podajemy niezbędne dane:
Numer konta: 95 1020 2892 0000 5602 0093 6732
Stanisław Blaschke, ul. Wysłouchów 46/36, 30-611 Kraków
W tytule koniecznie: "DLA ANI"
_______________________________________________________

W tym miejscu, chcielibyśmy serdecznie podziękować pani Patrycji z Pracowni pod Baranami 
za udostępnienie lokalu i pomoc przy realizacji wieczoru.
Pani Grażynie Łapuszek i niezależnej grupie poetyckiej "Porfirion".
Wszystkim osobom, które brały czynny udział  w wieczorze oraz naszym gościom.


Bartkowi Blaschke, za udostępnienie prywatnych zdjęć Anki,
a przede wszystkim za to, że zaszczycił nas swoją obecnością.

Poeci Po Godzinach. 

_________________________________________________________________________________

zdjęcia: Agnieszka Jarzębowskia, Krystyna Wieczorek.




2 komentarze:

  1. Jak długo będę się wzruszać wspominając Ankę? jak długo będzie się pojawiała łezka w oku? , myślę że tak długo, jak długo pozostanie w mojej pamięci, z której nigdy jej nie wymażę, bo zbyt wiele dobrego wydarzyło się w moim życiu dzięki niej. Dziękuję organizatorom, dziękuję wszystkim, dzięki którym mogłam choć w namiastce przeżyć powyżej opisane spotkanie.
    Grażyna Paterczyk

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłem,chociaż z trudnościami, na pogrzebie Ani. Już więcej nie chciałem Jej żegnać w tłumie, stąd nie przyjechałem na spotkanie. Ania wie o co chodzi, ja wiem. I to nam wystarczy.Dzięki za relacje, rzeczywiście jesteśmy ze sobą w każdej sytuacji. Wspaniałą rodziną w czasie i po godzinach.
    Jerzy Hajduga

    OdpowiedzUsuń

Wpisy ad personam będą usuwane