Agnieszka Jarzębowska

Później od last minute ... (czytaj więcej)

Fotorelacja

Wieczór poezji w Krakowie

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Paweł Biliński

Przetrwać uda się nielicznym.

piątek, 10 lipca 2015

XVI Zjazd PPG - Majkowice 2015


Nie mam wprawy w pisaniu oficjalnych notek o, nie mam też wprawy w zdawaniu sprawozdań, raportów, ujmowaniu w słowa spotkań, wydarzeń i takichtamów, zwykle wypada to albo nudno, albo durnowato, albo nazbyt lirycznie i nigdy nie jestem zadowolona, a skoro ja nie, to czytacz prawdopodobnie tym bardziej.
Zmuszona. Zmuszona – powiadam z całą mocą – przez szanowną Kierowniczkę Rabanu, skrobię 
z wysiłkiem słówko na temat Zjazdu, Zlotu, Zgrupowania PPG w Majkowicach nad Pilicą (ładne złożenie), w którym miałam okazję i przyjemność uczestniczyć.
Notka będzie krótka, jak krótki wydaje się pobyt, który niesie ze sobą radość i dobra zabawę.

Dzień 1. Czwartek

Z Radziewicz Teresą, kierując się niezawodnym nosem, a trochę oszalałym przypadkiem i nieco GPS-em wspomaganym przez mapę samochodową, dotarłyśmy na miejsce wieczorem w czwartek, który to czwartek obfitował w procesje Bożego Ciała po drogach, a te jakimś zrządzeniem losu łaskawego, nie obfitowały w tym samym czasie w nas, dzięki czemu przedarłyśmy się niemal bezboleśnie przez teren zajęty przez lud celebrujący. Na miejscu, w Majkowicach to znaczy, czekał nas upał i dzikie okrzyki zebranych, a nawet można powiedzieć wezbranych i występujących z brzegów, co objawiało się rzutami w  ramiona, nieartykułowalnymi odgłosami i mówieniem wszystkiego naraz w połączeniu z  jednoczesnym okazywaniem miejsca i wyładunkiem bagaży. Muszę tu nadmienić koniecznie, że otrzymałam w darze kurę. Nieżywą. To znaczy ona była nieżywa od urodzenia, gdyż wykonano ją z materii ceramicznej.
Posiłek nasz pierwszy upłynął przy ogólnym: „hej, dalej więc!”, bo wszyscy usiłowali nagadać się 
i opowiedzieć w jednym czasie wszystko, a także rozpocząć tajemnicze manipulacje papierami przygotowanymi przez Zarząd Zamętu (o zadaniach z papieru przy okazji). Później spacer w celu znalezienia Pilicy, której, jak nam doniosły grupy zwiadowców-wyżeraczy, nie ma. Nie ma po prostu i już. Rzeka była, tylko o krok od miejsca, gdzie zwiadowcom skończyła się woda (piwo?), kanapki i chęć pójścia dalej w gęstym upale. O krok dosłownie była ta rzeka i tak to już jest, drodzy państwo, że ludzie padają przed samym schroniskiem. Żaden wszakże zwiadowca nie padł i dzięki temu rozśpiewaną 
i srodze zakurzoną gromadą odszukaliśmy rzeczoną rzekę i kontemplując jej nurt przejrzysty (sic!) gaworzyliśmy sobie to o tym, to o owym, a głównie o zadniej części kobiety, której było Marynia. Wieczorem, zgodnie z terminem – wieczorek (w tym również koleżanka Krystyna, ozdoba nasza i serce gołębie, acz koleżanka Wieczorek w wieczorku uczestniczyła tą razą, siedząc na d.. na ławce sobie siedząc). Wieczorkiem więc kolega Sajkowski Jakub został wymaglowany przez kolegę Wołoszyna Grzegorza bezwstydnie przed gawiedzią (czyli to my). Bardzo świetnie wymaglowany, bo Kolega Wołoszyn dopasował sposób prowadzenia wieczoru do swego diabolicznego wyglądu, i szkoda, że  na zdjęciach nie można odsłuchać tej rozmowy o najnowszym Jakubowym tomiku „Google Translator”, 
w której to rozmowie padało sporo interesujących pytań, spostrzeżeń, no i samego poety objaśnień oraz myśli na kanwie. Czy tam na kawie. Czy tam na ławie. Co było później, dyplomacja wzbrania mi opowiadać, gdyż wszelkie podobieństwo osób do osób rzeczywistych jest zupełnie przypadkowe.

Dzień 2. Piątek

Poranek, śniadanie, snucie się w piżamach, leniwe pogawędki, wystawianie pyzy do słońca i szykowanie się do spławiania. Dzień kajakarski. Pilica jest piękną, na tym odcinku niezbyt głęboką rzeką (niezbyt głęboką oznacza do pasa w głębszych miejscach). Ponieważ upał poganiał nas bacikiem, spławiliśmy się raz-dwa i dziarsko popłynęliśmy w dół rzeki. Z zewnętrznego punktu odniesienia mogliśmy sprawiać wrażenie nieco zmylonych przez los, a może nawet i świrów, ponieważ każdy kajak wyśpiewywał co innego, kiedy zaś kajaki mijały się, zachodziła interferencja pieśni, by już za chwilę zjednoczyć się we wspólnym wykonaniu tej wybranej drogą odruchową (prawdopodobnie tej, która była nadawana głośniej). Po rozdzieleniu się kajaków, pieśni znowu indywidualizowały się z rozentuzjazmowanego tłumu. Należy tu koniecznie przypomnieć chociażby brawurowe wykonania „Ach jak przyjemnie...” z towarzyszeniem kajaka Grażki, „Miłość ci wszystko wybaczy” w chórze z kajakiem Martineza i Reny oraz Jakuba i Ani... 
i długo by wymieniać, gdybym miała spisać mały kancjonał pogodzinny Ponieważ woda sprzyja głodowi, głodni i wylądowani na popas, uraczyliśmy się, elegancko i z towarzyszeniem dobrych manier, doskonałym posiłkiem-niespodzianką zaserwowanym przez naszych miłych gospodarzy, którzy płynęli 
z nami. Na posiłek składały się pyszne kurczaki, chleb własnej roboty i takiż smalczyk, ogóreczki kiszone i cytrynóweczka na poprawę pracy żołądka. Tak naprawdę to rzuciliśmy się na jedzenie, ale kroniki o tym milczą. Spływ zakończyliśmy w mule przybrzeżnym, który ma to do siebie, że cuchnie znakomicie oraz więzi nogi, skutecznie i do kolan, co stwarza niejakie trudności w wydobywaniu się na brzeg. I tu muszę koniecznie wspomnieć absolutnie perfekcyjną jaskółkę Kuby, za którą przyznaję mu 
9 punktów, a to tylko dlatego, że nie wylądował z telemarkiem, a także pełen wdzięku i godności styl koleżanki Wieczorek Krystyny, która nadal, pomimo mułu, zachowała na stopach mentalne szpilki i tym samym udowodniła po raz kolejny, że prawdziwa kobieta okiełzna każdego muła. Spaleni słońcem i opici radością udaliśmy się w drogę powrotną, by przygotować się do części kulturalnej (czyli obmyć się przede wszystkim z mułu). W części kulturalnej wystąpiła Ewa Pietrzak ze swoim tomikiem „Zgubiłam pęk kluczy”, przez który przeprowadził nas duet krakowiaków i górali, czyli Agnieszka Jarzębowska i Jacek Sojan. Tego wieczoru właśnie czytanie Agnieszki nadało tomikowi bardzo subtelnego światła. Nie nadało, wyjęło raczej na głos, ogłosiło to światło, ułożyło je długimi pasmami pośród nas, w altanie na skraju łąki, w dolinie Pilicy. Otumanionych magią słoneczno-słowną złapała w swoje szpony koleżanka Kurzyńska 
i wymalowała we wszelakie esy oraz floresy, a także karesy, jakie tylko przychodziły nam do głowy. Wymalowała henną. Szczególny zachwyt wzbudził piktogram Jakuba, który co przedstawia, to przedstawia. Jeśli chcecie wiedzieć co, należy pytać rzeczonego, gdyż mnie, skromnej niewieście, bezeceństwa te nie przechodzą przez usta ani palce. Po wieczorze z poezją, pomaszerowaliśmy jeszcze raz nad Pilicę, żeby dać znak Ance Blaschke, której już z nami nie ma ciałem, ale zawsze będzie duchem, że pamiętamy o niej i o wszystkich tych, których chcemy pamiętać. To dla nich popłynęły rzeką światełka. Żegnaliśmy je w ciemności, patrząc w milczeniu, jak nikną za zakrętem. Są takie miejsca 
i czas, kiedy mówić za wiele nie potrzeba. Anko, jesteś z nami.
I przyszedł wieczór i miał na imię Zabawa. Czas na wszelkie hulanki, grę w Mafię, którą to grę wielbić już będę zawsze, nawet pomimo że większość stołu jeszcze przed rozdaniem usiłowała mnie zabić. Trzeba przyznać, że ilości durnych rozmów, jakie wytwarzaliśmy, gdyby jakimś cudem udało im się zmaterializować, wypełniłyby salę po sam sufit. Na rzecz tę spuśćmy jednak zasłonę milczenia, za którą co jest, wiedzą tylko ci, którzy zdecydowali się popełnić to szaleństwo i zjawić w tym dzikim miejscu.

Dzień 3. Sobota

Dzień, dla którego każdy z nas tachał pół walizy dziwacznych giezłeczek, koszulin i wieńców. Ludowe Obchody Szekspira. Wystrojeni jak stróże w Boże Ciało (sic!) ruszyliśmy bez tak zwaną wieś w stronę malowniczych ruin porosłych wiechciami traw, pokrzyw, łopianów i wszystkiego tego ziela, którego najważniejszym zadaniem jest ukłuć, podrapać, wczepić we włosy, chytrze dostać się pod ubranie 
i kąsać niemiłosiernie. Pomimo owych niedogodności, malowniczość naszą zjednoczyliśmy 
z malowniczością pejzażu, co można ocenić chociażby po obrazkach panny łąkowej po młocce (kol. Radziewicz), panny wdzięcznej z petem po sianokosach (kol. Szefowa), panny jeszcze(!) z wianuszkiem (kol. Paterczyk), czy też panny z węzełkiem (kol. Ella) i ach, nie sposób wymienić wszystkiego, bo i gęsi były w tym pejzażu, i romantyczna wiejska huśtawka w wykonaniu koleżanek Mszycy i Kurzyńskiej, 
i Stanisławowe silne ramię, i bocianie gniazdo z kol. Sojanem w roli bocięcia, i popiskująca fujara Andrzeja (pardon, flet, to był flet!), i to wszystko barzo pięknie, i barzo wdzięcznie hasało po krajobrazie, a  następnie udało się na próbę, by w tajnych kompletach przygotować wybrany podstępnie przez koleżankę Kurzyńską fragment Hamleta w czterech odsłonach. Podlasie dostało się nam (dzięki ci, losie, za Tereskę Radziewicz w grupie!), pozostałym korporacja, góralskie pogwarki i czarny Ślunsk. Muszę tutaj dodać, że istnieje z okresu przygotowań zestaw zdjęć, których autentyczności absolutnie nie potwierdzam, nie brałam w tym udziału, wypoczywałam w  tym czasie, bo było gorąco, a wszelkie insynuacje, jakobym była to ja, są kłamliwe i służą wrogiemu krajowi! Theatrum natomiast było piękne jakby sam pan Szekspir zszedł na Ziemię, czy też raczej wychnął spod niej przyobleczony w płócienną wizję tego, co się nam zdawało słowiańskim strojem. Grupy spisały się doskonale, a mogę tak uważać, gdyż to ja pisze tę notkę i wolno mi pisać, co tam sobie żywnie uważam (przynajmniej do czasu, kiedy mi szefowa sprawdzi tekst). Zachwalę tutaj osoby, których jeszcze do tej pory nie wymieniłam, a więc objawił się talentem kolega Andrzej, nasz podlaski Hamlet, któren swoim zdystansowanym kunsztem nadał całości miejskiego smaku i wyrafinowania, Ofelia Śląska, w której to skórę wcieliła się Wanda 
i zagrała w wielkim hollywoodzkim stylu udowadniając, że czas dla kobiety nie ma żadnego znaczenia, 
a klasztor zawsze może poczekać. Wspomnieć muszę też Stanisława, który brawurowo wykopał biednego Jorika, dowiedzieliśmy się też, czy kolega Sajkowski może poklikać myszką koleżanki Magdy Bąk. Wieczór teatralny był kontynuacją tego, co robiła na spotkaniach Ania Blaschke i to jej był dedykowany, z takim ciepłym wspomnieniem i myślą, że jest nadal wśród nas i przygląda się nam ze swoim blaschkowym uśmiechem. I że nadal teatr dzieje się.
Teraz słówko o zadaniach, jakie przydzielono nam dnia pierwszego. Podzieleni na grupy mieliśmy zilustrować (używając w tym celu przywiezionych kredek) brudny wiersz. Jaki to wiersz, tego nam zarząd nie rzekł, więc zadanie otrzymaliśmy abstrakcyjne i trzeba się było nagimnastykować, żeby je wykonać 
i przybrudzić. Ba, żeby podejść w ogóle do niego, W związku z tymi trudnościami w obliczu słońca, łona 
i urlopu, wszyscy skwapliwie odsunęli zadanie na tzw. „ostatnią chwilę”, a później rwali włosy z głowy, krzycząc: zaraza, mór, franca i trąd! usiłując wysmażyć coś sensownego. Drugie zadanie było dla indywiduów i jego wykonanie było obowiązkowe, gdyż bez niego galowa kolacja upadłaby i już nie powstała, Każdy uczestnik wylosowawszy ofiarę, musiał onej przygotować własnoręcznie dyplom uznania wedle uznania i rozeznania. Tak więc wyciągając języki na całą długość, mozoliliśmy się nad naszymi dziełami stosując do tego krew, pot,  łzy i kredki.
Poezją tego wieczoru poczęstował nas duet: Kuba Sajkowski jako zaklinacz węża, i Teresa Radziewicz jako wąż, gdyż wiadome, że poeta to wredne bydlę. Poezja pochodziła z nowiutkiego reteskowego tomu „rzeczy pospolite” i, tak jak owe rzeczy, niepospolita była i nie przeszkadzało jej siedzenie na tarasie, zwisanie z balkonu, tarzanie się po trawie, bo tak to już z poezją jest, że królestwo jej nie 
z tego świata, a z niego się bierze.
Kolacja galowa wzruszająca i wszyscy płakali. Były piękne i cenne nagrody w postaci myjek do pleców, były wspaniale zdobione dyplomy, była Mafia i ja tam byłam, miód i wino piłam oraz mohikałam ze wszystkimi do rozpuku.

Dzień 4. Niedziela


Cóż tu pisać, śniadanie, pożegnania i wyjazd z uśmiechem przyklejonym do twarzy, z żalem przyklejonym do serca, że to już, tak szybko, z drogą przyklejoną do podeszwy (dobrze, że to tylko asfalt!) i nadzieją, że zobaczymy się znów. Amen.

Joanna Lewandowska













































































































































































































foto: PPG

1 komentarz:

  1. A nic nie ma o piosence, którą wymyślaliśmy w czasie spływu. Czy potrafimy ją odtworzyć? ;-)

    OdpowiedzUsuń

Wpisy ad personam będą usuwane