Agnieszka Jarzębowska

Później od last minute ... (czytaj więcej)

Fotorelacja

Wieczór poezji w Krakowie

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Paweł Biliński

Przetrwać uda się nielicznym.

piątek, 6 marca 2015

dusze drzew


Czyściec


Wie pani, co to są komosiaki? Nie może Pani wiedzieć. To takie małe białe pędraki, które podobno mieszkają w łopianowych patykach. Szukałem ich wiele razy i nigdy żadnego nie znalazłem. Opowiadał mi Zbychu, że zimą trzeba szukać zdrewniałych łodyg, takich z rzepami. Wie Pani, nawet w lutym, pod śniegiem. Te łodygi, były takie hm... sześciokątne, albo nawet ośmiokątne, nie pamiętam dokładnie, miały watę w środku. Nawet nie watę - bardziej ubitą białą gąbkę. Podobno te komosiaki drążyły w gąbce tunele i było im ciepło. Łamałem te patyki, a one pękały z trzaskiem. Kiedyś znalazłem nawet całe pole łopianu. Taki zimowy łopianowy las. Ale komosiaków w nim nie było. Ani jednego. Pamiętam, że złamałem 
z tysiąc łodyg. To było jak szukanie skarbu. Małego ruchliwego skarbu.

Przypomniało mi się o tym wczoraj, gdy koparka wykopała koło nas cały łopianowy krzak. I niech pani sobie wyobrazi, że nawet z ciekawością przejrzałem kilka patyków. Nie, nic się nie zmieniło. Zresztą pewnie teraz jakbym je znalazł, to i tak nic bym z nimi nie zrobił. Zwyczajnie, nie są mi teraz potrzebne. Już nie jeżdżę zimą na okonie, nie wiercę dziur w lodzie, nie zostawiam śladów na zamarzniętym jeziorze. A wie Pani, że podobno woda ma pamięć? Śnieg to przecież także rodzaj wody. Może moje ślady, gdzieś tam zostały? Może jezioro pamięta, że kiedyś chodziłem po nim, jak zimowy Chrystus,

a wiatr rozwiewał mi włosy jak trzcinę. Lubiłem trzciny. Moja Matka miała takie trzcinowe oczy. Takie niby stalowe, szare z brązowymi okruchami. Jak kawałki brązowego szkła zatopione w lodzie. Pamiętam te oczy. Kiedy ubierałem ją do trumny, dotknąłem ich, a one były miękkie jak taka poduszeczka
z jednorazową porcją szamponu. Kiedyś wisiały w kosmetycznym zielone wstęgi poduszeczek i można było kupić kilka na sztuki. Pani tego pewnie nie pamięta, za młoda Pani…. Matka miała ładne dłonie. Szczupłe, długie palce.

Szkoda, że nie jestem malarzem. Zawsze chciałem namalować drzewo, z wielką dziuplą. Z jej wnętrza wypełzałyby dwie drobne, drewniane dłonie. Zapierałyby się o krawędzie dziupli. Zupełnie jakby to drzewo chciałoby wyjść z siebie, przenicować się na drugą stronę, może nawet zerwać z siebie kilka czereśni
i spróbować. Zasadzić pestki w ziemi.....Widzi Pani to? Może te myśli są z tego, że się starzeję? Przecież mnie też za kilka lat zamkną w drzewie i zakopią. Proszę pomyśleć, czy to nie ironia losu? Jakieś drzewo musi umrzeć razem ze mną. Zejść pod ziemię. A może obudzę się kiedyś w tym drzewie
i będę szukał dziupli, żeby wyjść? Nie wiem tego. Kiedyś myślałem, że wszystkiego się tu dowiem,
a teraz mi nie zależy. Pyta Pani czemu? Myślę, że każdy musi znaleźć swoją odpowiedź. A dlaczego trzymam się tej roboty przy trupiaszkach? Bo jest zabawna. Andrzej, który pracował u nas najdłużej, zawsze po kielichu twierdził, że ma się od cholery znajomości na górze. Bo, jak się kogoś porządnie opatrzy na ostatnią drogę, to chyba jakaś wdzięczność się po śmierci należy. Na przykład u nas, wśród chłopaków jest honorowo. Za swoich nie bierzemy. Nawet jakbyśmy mieli się pochować w innym mieście. I mamy taki zwyczaj, że możemy wskazać kogo chcemy, żeby nas ubrał. Mnie już kilku naszych wybrało. Tak prawdę mówiąc, to jest w sumie porządne wyróżnienie. Bo jak trafisz do przypadkowego stroitrupka to ci taki makijaż wywinie, że cię nie tylko rodzina ale i święty Piotr nie pozna. Do tego trzeba mieć rękę. U nas najlepszy jest Mirek ale jak trzeźwy, bo po pijaku to potrafi z fantazją przesadzić. Kiedyś jednej takiej kreski pod okiem zrobił na jakieś pięć centymetrów. Mówił, że przypominała mu Kalinę Jędrusik i ją właśnie tak widzi. Tylko podobno jak trumnę otworzyli to rodzina w krzyk, bo się na mirkowej twórczości nie poznali. I afera była jak cholera, bo trzeba było ten makijaż na szybko w kościele poprawiać. Dlatego teraz zawsze pytamy, czy trumna będzie otwierana. Nie, proszę nie myśleć, że jak nie będzie, to gorzej malujemy. Co to, to nie. Każdy z chłopaków swój honor ma i uczciwie trupiaszka do nieba szykuje. Tylko chodzi o to, że zwyczajowo nasz szef trochę na kolorówce oszczędza i czasem trzeba nieźle pogłówkować, żeby rzeczywistość podrobić. Szczególnie pod koniec kwartału jak nam już same fiolety w szminkach zostają... Klienci? Jak w życiu. Różni bywają. Najgorsi to tacy, co własnej matki nie szanują. Proszę sobie wyobrazić, nieraz widać, że biedna rodzina, ale uczciwie porządne ciuchy do trumny przynoszą a nieraz.... eh, gadać się nie chce. Synalek beemką podjeżdża, a matce na ostatnią drogę dziurawe rajstopy przywiezie. Albo na bieliźnie przyoszczędzi. Skurwysyństwo i tyle. Teraz czasy się zmieniają. Kiedyś człowiek starszy miał poważanie w rodzinie, a teraz takich po osiemdziesiątce coraz częściej prosto z domów seniora do nas przywożą. Nic na to się nie wskóra. Jak mawiał Tadek „set lawi” czy jakoś tak. Czy mnie coś rusza? No czasem, jak z wypadków przywożą, szczególnie dzieciaki małe, to nie mogę powiedzieć, zawsze szkoda. Ale prawdę mówiąc – praca jak praca. Przywykłem. Chociaż kiedyś różnie bywało. Pamiętam, na samym początku, jak jeszcze wolno było Klientom samemu trupy ubierać, coś tam majstrowałem przy umrzyku, a tu mi się do pokoju pakuje jakaś babka z lalką
w rękach. No to ja na nią trochę się wydarłem, że wchodzić nie wolno a ona, że ma prośbę i że zapłaci, bo chciała dzieciakowi do trumny lalkę jeszcze włożyć. Zaczęła opowiadać, że córka jej zmarła, mała taka,i ona jej tę lalkę kiedyś obiecała, ale nigdy nie kupiła, a teraz trochę grosza z ubezpieczenia jej wpadło i chciała się z obietnicy wywiązać. Tylko że lalka była prawie taka, jak ta córka. Cośmy się wtedy
z Tadkiem nakombinowali, żeby je razem w trumience upchać, to niech mi Pani wierzy, lekko nie było. Ale taką obietnicę szanuję. Zwyczajnie. Uczciwie chciała. A z tym upychaniem teraz tak prawdę mówiąc, to jest luksus. Nawet jak z chłodni przywiozą, to trupiaszek ma ze cztery, pięć stopni i spokojnie można ubranie na nim dopasować. Kiedyś przywozili z zamrażarki, więc jak się im ręka lub noga podwinęła, to tak zamarzło i koniec. Trzeba było kość łamać. Ale to dawne czasy. Wiele się po tym wejściu do Unii zmieniło. Tylko ludzie jacyś tacy... chyba gorsi dla siebie. I trupiaszków brzydzą się bardziej niż kiedyś. Czasami nawet mdleją. I to myśli Pani że kobiety więcej? Nieprawda, pół na pół! Często gość pierwszy orła wywinie, albo pawia przy trumnie puści. Szczególnie jak otworzą. Ale czasem jest gorzej. Kiedyś przywieźli do nas chłopaka. Może z siedemnaście lat, może nawet nie miał. Koledzy z klasy mu sznurek na szyi zawiązali i zaciskali pomału, patrząc jak umiera. Podobno chcieli się przyjrzeć śmierci. Paskudna sprawa. Rodzice pod pięćdziesiątkę, nienajmłodsi, przyszli ubierać sami. Teraz niby nie wolno, Unia nie pozwala, ale wie Pani, to sytuacja wyjątkowa, przecież się nie uprę. Tylko muszę być przy tym, bo jakby z kontroli wpadli, to mógłbym z roboty wylecieć, a tak zawsze mogę powiedzieć, że ubranie właśnie donieśli. I ten ojciec mnie pyta – wprost – że niby tyle śmierci widziałem, dlaczego tak się stało? I wie pani co wymyśliłem? Powiedziałem im, że to wszystko jest już dużo wcześniej ustalone, że po prostu jeszcze przed naszym narodzeniem spotykamy się gdzieś tam dajmy na to w knajpie – chociaż nie, nie powiedziałem w knajpie, tylko w jakimś innym miejscu, nie ma to znaczenia – ze swoimi oprawcami
i dogadujemy własną śmierć!! Właśnie tak powiedziałem. Ustalamy własną śmierć. To ile razy nas pchnie nożem, albo jak szybko będzie jechał i ile przedtem wypije, wszystko najzwyczajniej w świecie negocjujemy tak, jakbyśmy kupowali dajmy na to indyczkę na Bałuckim. I pewnie jeszcze płacimy za to całkiem sporą kasę (czy jakkolwiek się to tam nazywa). Bo tak naprawdę przecież ten, co zginął pozostanie zawsze „dobrym” i „poczciwym”, a jego kaci – skurwysynami do końca swoich dni. Myśli Pani, że taki powiedzmy Piłat miał lepiej? Albo rodzice tych, co pociągali za sznurek? Toż to przesrane życie
w sumie. I wie Pani, że ci moi mi uwierzyli? Zapytali tylko po co to wszystko jest tak ukryte? To im odpowiedziałem, że jakby wszyscy wiedzieli o tym, to nikt by po nas nie płakał. A wtedy nasze życie byłoby bez sensu. Zupełnie jak wióry z drewna przeznaczonego na brykiet. Niegłupio to wtedy wymyśliłem. Prawda?

Po wejściu do Unii jest nowa moda z tym paleniem. Dla nas to i lepiej, szczególnie dlatego, że buty do tego są specjalne, takie z tektury, łatwo je założyć trupiaszkom (a z butami zawsze najtrudniej, bo nieraz nogi ze dwa numery spuchną i ciąć z tyłu trzeba). Ale ja znajomym i pani szczerze odradzam. To palenie. Bo widzi pani, jak trumna przy muzyce do spalarni wjeżdża, to natychmiast bardzo wysoka temperatura
z płomienia z dysz idzie i ten trupiaszek zrywa się nagle, jakby uciekać chciał i z całej siły głową w wieko trumny zawsze uderza. Kiedyś gazu akurat brakło i w ten moment trzeba było trumnę wyciągać i czekać. Tadek opowiadał, że jak z ciekawości otworzyli, to trupiaszek miał nos złamany i oczy otwarte szeroko. Zupełnie jakby żywy był. Chłopaki ze spalarni mówili, że chodzi o to, że jak się białko ścina, to wszystko wygina w pałąk. Ludzie o tym nie wiedzą, ale coś w tym jest, że ciało tak się przed ogniem broni. Dlatego wolę drzewo.

Ja na punkcie drzew i drewna to chyba jakąś obsesję mam. Kiedyś byłem na spotkaniu z rzeźbiarzem, porządny chłop. Ołtarze, świątki i takie tam strugał. Wypiliśmy trochę i zaprosił mnie do pracowni. Najbardziej mi się podobał zapach, taki drewniany, jakby pachniały dusze drzew. A ja na zapachach to się akurat znam. Bo ja trupa po zapachu zawsze poznam. Proszę się zastanowić – człowiek tak naprawdę, za życia wcale nie pachnie. Jeśli już to dezodorantem, albo perfumami się popsika i tyle. Albo – jak się nie umyje - to śmierdzi potem. Ale to pot śmierdzi, albo mocz, a nie człowiek. Żywemu człowiekowi Bóg żadnego zapachu nie dał. No, może niemowlak czasem przyjemnie pachnie mlekiem, ale to się nie liczy. Za to każde drzewo ma swój zapach. Lipa inny niż sosna, sosna niż modrzew. Jakby w tym zapachu było coś ważnego. Może właśnie z tego się ta dusza bierze? Jakby taka prawda była, że dusza z trupiaszków z zapachem wychodzi, to w niebie musi być smród jak cholera. Mnie prawdę mówiąc nie przeszkadza, przywykłem i kanapkę z kielbasą czy serem spokojnie zjem, ale ludzie mdleją. A i pawia puści niejeden. Ten rzeźbiarz, o którym zacząłem miał zamówienie z nowej parafii na Chrystusa Zamyślonego ludzkiej wielkości i mnie poprosił, czy jak będę ubierał jakiegoś wyjątkowo podobnego trupiaszka, to czy może przyjść i trochę poszkicować. Bo taki model, to mu nie drgnie nawet jakby z pół dnia go mierzył. Jako ciekawostkę o tym Pani opowiem, proszę nie rozpowiadać, że ja tam do różnych dziwnych próśb przywykłem i w sumie czemu nie miałem pomóc. Porządny człowiek był i w drewnie moim ukochanym robił. I proszę sobie wyobrazić, że traf chciał, że się niedługo taki jeden do ubierania trafił. Z opieki społecznej go prosto przywieźli. Od razu widać było, że chyba się od denaturatu przekręcił, bo z dwóch metrów od niego wódą jechało, ale wypisz wymaluj Chrystus. Chudzieńki, włosy długawe, zarost odpowiedni. Wiedziałem, że tak szybko nikt się o naszego trupiaszka nie upomni, to sobie artysta trzy dni przy nim siedział. Jeszcze żeśmy mu ramiona rozłożyli, żeby bardziej wiarygodnie było. A że wszyscy trzej do trunków mocniejszych byliśmy przyzwyczajeni, to wypiliśmy wtedy chyba z dziesięć litrów samogonu. Na koniec tośmy nawet naszego modela chcieli częstować. Dobrze, że Tadek przyszedł i nas na właściwe tory nakierował. Ale proszę pomyśleć, jakie są ścieżki losu, że taki zwyczajny za życia moczymorda, po śmierci się zaszczytnej funkcji dochrapał. Na samego Chrystusa pozował. I jeszcze spory grosz artyście do kieszeni wsypał. Zawsze jak koło tego kościoła przejeżdżam, to mnie pusty śmiech bierze. Ale powiem Pani, że się mój rzeźbiarz modelowi porządnym drewnianym krzyżem odwdzięczył. Uczciwie. Bo tak prawdę mówiąc, w sumie to cholera wie, jak tam po drugiej stronie jest. Chociaż nie ukrywam, że czasem myślę, że trochę lepiej niż tutaj i przynajmniej w co dwudziestym łopianie komosiaki siedzą...



 Robert Miniak
_______________________
publikacja za zgodą Autora

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisy ad personam będą usuwane