Agnieszka Jarzębowska

Później od last minute ... (czytaj więcej)

Fotorelacja

Wieczór poezji w Krakowie

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Paweł Biliński

Przetrwać uda się nielicznym.

wtorek, 17 lutego 2015

Wernisaż Krzysztofa Schodowskiego w Galerii Przytyck . Fotorelacja.








Grzegorz Kielar:  Rozmawiamy w dniu otwarcia Twojej wystawy „Ecce Homo” w Galerii Przytyck 
w Tarnogórskim Centrum Kultury. Pomysł, aby pokazać Twoje prace w Tarnowskich Górach, pojawił się, jak pamiętam, chyba wiosną ubiegłego roku. Upłynęło sporo czasu i dzisiaj mamy okazję poznać Twoje rysunki na Śląsku. Osobiście bardzo się cieszę, że nasza idea sprzed kilku miesięcy dzisiaj się niejako materializuje. Jakie refleksje towarzyszą Ci przy okazji tego wernisażu?

Krzysztof Schodowski: Galeria Przytyck to znakomite miejsce. Nie miałem jeszcze wystawy na Śląsku, więc była to fajna okazja, by się tam wybrać. Organizacja wystawy przebiegła szybko i bardzo sprawnie. Marta Burian, z którą korespondowałem już od dłuższego czasu, zadbała o najmniejszy detal.

G.K.:  Malowałeś również pastelami martwe natury, jednak z wielu możliwych plastycznych realizacji wybrałeś rysunek. Skąd ten wybór?

K.S.: Rzeczywiście próbowałem różnych technik. Kolor wymaga zupełnie innego podejścia, niż rysunek monochromatyczny. Prawda jest taka, że w czerni i bieli czuję się najlepiej. Skale szarości, które można uzyskać uzależniają. Kiedyś mój mistrz, Andrzej Olczyk, powiedział, że w grafice także znajduje się kolor, że wprawione oko grafika widzi barwy nie tylko monochromatyczne. Oczywiście próbuję swoich sił w akrylach, farbach olejnych, jednakże nie czuję się w nich pewnie. Wierzę, że kiedyś przyjdzie moment, że zacznę także malować. Póki co, głównie rysuję.

G.K.:  Mówisz o sobie, że jesteś melancholikiem, outsiderem, że w sztuce poszukujesz introspekcji, próbujesz wniknąć w anatomię emocji. Powiedziałeś też kiedyś, że niejako kodujesz wspomnienia 
w kreskach po to, by nie nosić ich w sercu i swą nadwrażliwość pragniesz zamknąć w jakichś ramach.

K.S.: Rysunek jest dla mnie rodzajem dziennika. Pod wpływem różnych wydarzeń zapisuję swoją obecność między kreskami. Chodzi o jedno: jak najwierniej zapisać moment tąpnięcia, który na pozór wydaje się cząstką dnia codziennego, ale oddziałującą najsilniej i najsilniej skondensowaną. Nie jest jednak możliwe oddanie całkowite. To właśnie dylemat związany z odzwierciedlaniem emocji. Muszę przyznać, że nigdy nie oddałem w pełni wielobarwności dotykających mnie przeżyć, wypowiadałem się zaledwie ułamkiem swoich ekspresji - nie mogąc w pełni uwzględnić własnej empatii i całego wachlarzu ról, w których dane mi było występować.

G.K.:  W swoich rysunkach przyglądasz się człowiekowi, jego losowi. Stąd bardzo ważny w Twoim dorobku cykl „Twarze”. Opowiedz o nim.

K.S.: Wszystko zapoczątkowała obserwacja - podczas wielogodzinnych podróży, żmudnego przemieszczania z miejsca na miejsce, wewnątrz prozy życia. Obserwowałem ludzkie twarze, każda napotkana rozbudzała we mnie wyobraźnię. Najbardziej oryginalna, interesująca, odstająca od przyjętych kanonów piękna pochłaniała mnie najdłużej. Kreowałem życiorysy ludzi, rysując. W końcu nadchodziły momenty wyswobodzenia się wizji ludzkiego życia. Często zastanawiałem się, co było treścią przeżyć portretowanych przeze mnie osób, co - niewidoczne, abstrakcyjne, osobiste - zostało ukryte pod warstwą tkanki. Była to także ucieczka przed monotonią, przewidywalnością bytu. Z lęku przed jednostajnością kreowałem życiorysy obcych. W sieci wyszukiwałem zdjęcia ludzi ulicy, gdyż łączyło mnie z nimi poczucie nieokreślonej, wewnętrznej bezdomności. Brak domu był wtedy tematem szczególnie mi bliskim, sam poszukiwałem swojej przystani. Dziś już - interesuje mnie człowiek jako figura losu. Wcześniej byłem bardziej skupiony na sobie i na próbach wyswobodzenia siebie poprzez rysunek. Teraz, gdy wiele dało się uporządkować, mogę spojrzeć na człowieka nie przez pryzmat własnych doświadczeń, ale w szerszym, egzystencjalnym kontekście.


G.K.:  Twoje prace znalazły się w zbiorze wierszy Jerzego Beniamina Zimnego „Hotel Angleterre”, 
w „Listach do Seweryna”, "Odejściu", "Spacerze w alei parkowej" Wandy Karczewskiej, a także w antologii „Miłość w czterdziestu siedmiu pozycjach” Poetów Po Godzinach. Chciałbym jednak zatrzymać się na chwilę przy książce poetyckiej „AltissimumAbiectum”, której razem z Karolem Samselem jesteś współautorem. To książka wyjątkowa i intymna zarazem. Poeta opowiada ludzką historię, staje się tej historii komentatorem,a ekfraza często wychodzi poza ramy obrazu. To, jak sądzę, szczególnie ważne doświadczenie w Twoim życiu.

K.S.: "AltissimumAbiectum" jest dla mnie ważnym tomem z kilku powodów. Po pierwsze, od dziecka marzyłem o własnej książke, po drugie, opowiada i domyka historię, która w pewnym momencie miała ogromny wpływ na moje życie. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było to jedno z najciekawszych doświadczeń twórczych ostatnich lat. Współpraca z Karolem zapoczątkowała wiele fajnych inicjatyw. Wydaje mi się także, że mieliśmy na siebie ogromny wpływ. Rozmawialiśmy o sztuce, literaturze, muzyce wszędzie, gdzie się dało. Zresztą nadal tak się dzieje, gdy tylko mamy okazję się spotkać.

G.K.:  Piszesz również wiersze. Bierzesz udział w warsztatach poetyckich. Odkryłeś w sobie nową pasję?

K.S.: Poezja interesowała mnie już w szkole średniej. W tamtym czasie zacząłem pisać dzienniki, ale to pisanie było bardzo surowe. W miasteczku, z którego pochodzę, nie było czegoś takiego jak warsztaty literackie. Dziesięć lat temu kupiłem na wyprzedaży antologię poezji polskiej i postanowiłem spróbować napisać jakiś własny wiersz. Niedługo potem poznałem Tadeusza Olszewskiego. Pokazałem mu teksty. Przekreślił wszystkie i oznajmił: lepiej skup się na rysowaniu. Jeśli chcesz pisać, najpierw powinieneś dużo czytać. Przygotował mi listę lektur, które musiałem poznać. Jestem mu za to ogromnie wdzięczny, gdyż to była dla mnie ważna lekcja. Dopiero pół roku temu odważyłem się na warsztaty poetyckie. Salon Literacki organizował warsztaty w Turowie i postanowiłem pojechać. Nie ukrywam, że było to trudne doświadczenie. Pewnie bym sobie zupełnie nie poradził, gdyby nie to, że przez ostatnie dwa lata miałem szansę uczyć się pisać od Karola Samsela. Co prawda skupialiśmy się głównie na prozie, ale wiele z tych wskazówek przydało mi się wtedy w Turowie. Kiedyś Wojtek Michalec powiedział mi, że słowo uzależnia. Ma rację, jednakże pisanie traktuję jako dodatkowe hobby.

G.K.: Masz głowę pełną nowych pomysłów i planów. Może zdradzisz jakieś?

K.S.: Po dłuższej przerwie rozpocząłem prace nad cyklem, z którego chciałbym zrobić tematyczną wystawę.

G.K.:  Pokazywałeś swoje prace w wielu miastach, m.in. w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Łodzi, Szczecinie. Dzisiaj mogą je obejrzeć tarnogórzanie. Są nowe projekty?


K.S.: Projekty są, ale jeszcze za wcześnie by zdradzać jakieś szczegóły.

G.K.: Dziękuję, Krzysiu, za rozmowę i życzę powodzenia przy ich realizacji oraz kolejnych udanych spotkań z odbiorcami Twojej sztuki.





































Wystawa potrwa do 22 lutego. 




zdjęcia: Andrzej Dygas i Grzegorz Kielar

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisy ad personam będą usuwane