Roman Honet

Odległość robi tak, żeby pamiętać.

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Rafał Gawin

Spis cudzołożnic ... (czytaj więcej)

niedziela, 28 lipca 2013

Poetycko-malarska proza Treita, czyli preludia miłosne.

     
  
   Czytając Jerzego Treita nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mam przed sobą intymny mini-dziennik artysty, podobny nieco do Herbertowskiego Barbarzyńcy w Ogrodzie. Zadałem sobie pytanie: czym jest ta książka? Zbiorem szkiców, czy mini esejów? Sprawozdaniem z podróży? Paryskimi (i nie tylko) rekolekcjami? Zapiskami codziennych impresji, poprzedzonymi różnymi rytuałami z nieodłączną używką - kawą? Czy apendyksem do jego obrazów, notabene bardzo charakterystycznych, mocno nasyconych kolorem?

   Wszak podstawą twórczości malarza, Jerzego Treita, jest właśnie kolor i świetny rysunek. Kładzione przez niego plamy barw, to nie tylko wypełnione pigmentem płaskie powierzchnie, ale intensywnie żyjące przestrzenie, zbudowane z wielu odcieni barw, dające czasem złudne odczucie wibracji, poprzez -moim zdaniem- kontrastowanie ze sobą plam kolorów rzutujących na percepcję jego obrazów. Czy dzięki zapiskom poznamy lepiej twórczość Treita, wnikniemy w jego świat ? Wydaje mi się że tak. Sam artysta pisze: Jedną z najważniejszych liter mojego malarstwa jest kreska, ślizgająca się po białej kartce myśl, wyrwa w sercu, nerw istnienia, który kładzie się na dywanie mojej duszy. Kreska wibruje i czasami potrzebuję sporo czasu, aby ją oswoić i ujarzmić niczym dzikiego zwierza. Kolor, od którego od kilku miesięcy staram się uwolnić. Kolor, który był dla mnie obiektem wieloletnich eksperymentów alchemicznych, kolor, który stał się przez pewien czas linią i kształtem po to aby w końcu poszukiwań stać się jedynym z kilku elementów budowania tego świata, jakie spotykam na co dzień.

   Przeglądając strony Zapachu cynamonu w pomarańczowej barwie, odnosimy wrażenie, że każdy fragment jest przemyślany i wkomponowany w odpowiednim miejscu. Już na początku trzy wiersze, zdawałoby się, że oderwane od siebie, są jakby przygotowaniem do wejścia w tło, zaproszeniem do wnętrza artysty. Odnajdziemy ślady fascynacji malarskich i literackich. Cezanne. Stachura. Kafka. Gombrowicz. Nie przypadkowo. To jest wzajemne przenikanie Sztuki. Sztuki przez duże S. Urzeka poetycka proza, czy mini eseje, opowiastki niczym wyrwane kartki z dziennika, (celowo z przetasowaną chronologią!). Jako artystyczne credo odbieram słowa: Malowałem i odsłaniałem krok po kroku przezroczyste prześcieradło mojej kochanki sztuki leżącej w bezruchu na zimnej posadzce, tuż obok moich nóg. Czy już wtedy była martwa i nieruchoma, otruta moją rutyną? […] Malarstwo dla mnie jest uwalnianiem się od wyobrażenia na temat malarstwa.

   To odwieczna kwestia każdego artysty, szczere wyznanie i zarazem samoświadomość dramatu twórcy, który lęka się by nie popaść w rutynę, sprzeniewierzyć się samemu sobie.

   W Roku ślepca Treit pisze między innymi: Każdy obraz, który namaluję, będzie posiadał koniec oraz białe zagruntowane płótno na samym początku. W drzwiach pracowni stoi człowiek, z którym mieszkam. Udaję przed nim siebie. Pytam podczas wspólnego patrzenia z okna na brzeg linii, czy widzi ten sam kawałek ziemi co ja. Po chwili staje się zbyt jasne dla nas obojga, że każdy jednak widzi co innego, stając się drugą możliwością. O podobną paranoję walczyłby w tej sytuacji każdy ślepiec.
(…) Zazdroszczę mężczyźnie z fajką, że malował go Cezanne. Mógł godzinami przyglądać się, jak Paul maluje mu roztłuczone tło i zapamiętywać sekretne ruchy pędzla. Ciekawe, czy w ogóle małomówny malarz mówił coś do obrazów? Czy na świecie malarze mówią do obrazów, co szeptają, mruczą? 
   Wydaje mi się że tak. Wbrew znanemu porzekadłu. Jak pięknie brzmi wyznanie: Piszę ołówkiem. Kolory w porannym świetle wydają się ostre, dopracowane alchemicznie i skończone. Pozostawione 
i opuszczone.. 
W tym ostatnim słowie zawarty jest nokturn nadziei. Początek dnia zdaje się być zainaugurowany. 
Od śniegu za oknem galeria jest jasna, a ja negocjuję sam z sobą przyszłość.
Przekazywana przez artystę treść, jest li u niego jedynie pretekstem do filozoficznego odkrycia prawdy 
o sobie: Jestem jak światłowód, który może w tej samej chwili być z powrotem. Jestem nienazwany. 
Albo: Pisanie jest jak kreda – efemeryczne, kruche i białe. Możliwe staje się każde zapisywanie aż do czasu, gdy ubranie zaczyna przeszkadzać, uwiera i znika. Podobnie jak ślady dziesięciu mokrych palców na gorącym kamieniu.

   Tak pisze dojrzały świadomy siebie Twórca. Malarz, poeta i pisarz w jednej osobie. 
Zapach cynamonu w pomarańczowej farbie Jerzego Treita jest tego świadectwem.

.



Jarosław Trześniewski Kwiecień

2 komentarze:

  1. Jarku ta recenzja to tak na poważnie? Bo kiedy czytam "nerw istnienia" czy "dywan mojej duszy" to mi się na serio dziwnie robi...

    serdecznie,
    B.L.

    OdpowiedzUsuń
  2. Potrzeba dobrze wczytać się w całość tekstu i zrezygnować z staroświeckiego myślenia o formie, zresztą co to za dziwadło owy zlepek słów " serio dziwnie", drogi esteto literacki?
    Jerzy Treit

    OdpowiedzUsuń

Wpisy ad personam będą usuwane