wtorek, 29 listopada 2011

Recenzja tomiku:

Grzegorz Kwiatkowski


"Eine kleine Todesmusik"




Rafał Gawin, Michał Murowaniecki
- "Tarantino poezji"?
M.M.: Można powiedzieć, że niektórzy poeci torują sobie drogę do tzw. kariery w sposób nachalny, awanturniczy, narzucając się czytelnikom prowokacyjnym zachowaniem lub kontrowersyjnymi utworami. Jest to niekiedy skuteczny sposób autopromocji, tak było np. z Wojaczkiem. Czasami jednak taka autopromocja wypada wątpliwie, żeby nie powiedzieć żenująco. Dwudziestopięcioletni Grzegorz Kwiatkowski zdaje się na to nie zważać. Na forach i stronach dotyczących poezji stale zakłada wątki dotyczące swoich nowych publikacji, pochlebnych recenzji, zamieszcza anonse o nominacjach typu „nadmorski talent poetycki”. Ostatnio zachęcał do wysłania sms-a w jakimś plebiscycie na „poetyckie odkrycie roku”. Stopniowo zapoznawał użytkowników Nieszuflady z blurbami, które miały ukazać się na okładkach tomów. Niedługo przed premierą Eine kleine Todesmusik – czyli drugiej książki, o której będziemy rozmawiać – odbyło się wirtualne odliczanie dni do premiery. Chciałbym wierzyć, że poezja wywołuje obecnie takie emocje. Chciałbym móc powiedzieć, że nowy zbiór Kwiatkowskiego jest warty całej tej otoczki. W końcu jego obiecujący debiut został zauważony (m.in. w kutnowskim „Złotym Środku Poezji”), i nie natknąłem się na jakąkolwiek negatywną ocene tej poezji. Wszystkie były zatrważająco entuzjastyczne (cytując za Gazetą.pl: polski Tarantino poezji). Cóż, jeśli coś podoba się wszystkim, staje się w moich oczach podejrzane.

R. G.: A jednak poezja ostatnio wywołuje emocje – mam tu na myśli Nagrodę Nike dla Tkaczyszyna-Dyckiego i kolejne dodruki jego Piosenki o zależnościach i uzależnieniach. Jeśli chodzi zaś o nową książkę Kwiatkowskiego, pamiętam głównie fragment blurba Józefa Barana, w którym krakowski poeta określił prowokację jako obosieczną broń. I tak niestety było również z próbami kreowania przez autora Przeprawy kontrowersyjnej otoczki i atmosfery „medialnego wydarzenia rynku poetyckiego” wokół Eine kleine Todesmusik. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby takie działania towarzyszyły promocji rzeczywiście zjawiskowej książki, nawet gdyby nie włączył się w nie praktycznie nikt poza samym autorem. Tymczasem nowy tom gdańszczanina budzi wątpliwości i rozczarowuje na kilku płaszczyznach, od spójności kompozycji, poprzez zawartość od strony narracyjnej (neoklasycyzm Kwiatkowskiego nadal oscyluje wokół form okołoprozatorskich), metaforycznej i (anty)refleksyjnej, po sam dobór tematów i środków. Ale po kolei. Książka zaczyna się obiecująco – intrygującym mottem oraz spokojnym i wyważonym czterowersowym „chłopczykiem”…

M.M.: ...po którym następuje lawina „widokówek”, zasypująca czytelnika specyficznymi „scenkami rodzajowymi”. To, co w tej książce uderza już na początku, to zanik poetyckich środków. Fraza charakterystyczna dla prozy, niekiedy pocięta na dwu-, trzywersowe strofki, zmusza czytelnika do odbioru tomu raczej poprzez obrazy, wyłączając niemal zupełnie kwestię języka. A jakie są to obrazy? Powiedzmy szczerze – momentami dla wytrwałych: w końcu kochalibyśmy się do rana / a ona zeszczałaby mi się do łóżka („Opór”); całuje się z własnym odbiciem / a potem onanizuje się czarnym butem („Bertche”); mężczyźni nie mogą się opanować / onanizują się / i źródło staje się jaśniejsze o jeden ton („Mandala”), posłuchaj jak mnie dobrze karmisz chłopcze – / posłuchaj pierdzącego szczęścia („gruba kobieta”). Można powiedzieć, że pojęcie tabu jest Kwiatkowskiemu obojętne. Dla poety pociągające okazuje się przekraczanie granic (dobrego smaku? tonu?). Najprawdopodobniej epatowanie drastycznymi, wulgarnymi lub niesmacznymi obrazami jest świadome – zgodnie z założeniem, iż poezja powinna wyzwalać jakieś emocje, chociażby negatywne: gniew, oburzenie, niesmak itd. Rozumiem takie podejście, bo poezja potrzebuje biegunów, takich jak np. Ratoń. Problem w tym, że Kwiatkowski używa tępych narzędzi. Gdy w książce dwudziestopięcioletniego chłopaka czytam o zbiorowym gwałcie na trzynastolatce, o paleniu własnego dziecka, o masturbacji przy pomocy obuwia, a także innych wymyślnych odchyłach, to naprawdę nie rusza mnie fragment: spójrz jaka jesteś brudna / jaka z ciebie jebana szmata / i nagle robi mi się ciepło / nie kiedy we mnie tryska / ale kiedy nazywa mnie szmatą („język”). Henryk Bereza pisze w blurbie: (...) każdemu ta poezja – aż niemożliwa i szaleńcza – może ujawnić swoją siłę i prawdę. Przyjmie się ją, gdy się ją dobrze usłyszy i odnajdzie w sobie. Powiem szczerze: ja tej poezji w sobie nie słyszę. Być może wcale nie chcę... a ty?

R.G.: Słyszę pukanie od spodu, czuję się molestowany (żeby nie powiedzieć gwałcony) bezmyślną systematycznością budowania wierszy w oparciu o najtańsze chwyty, przy jednoczesnej ucieczce w historię, baśń czy nawet mit. Jakby w ten sposób autor próbował zbudować dystans, którego zabrakło mu przy tak tendencyjnym doborze środków. Ale nie możemy aż tak generalizować. Przecież w tomie znalazły się również spokojniejsze wiersze, albo raczej mniej kontrowersyjne. Są to na ogół, rozrzucone na przestrzeni tomu jakby losowo, fragmentaryczne impresyjki i histeryjki, najczęściej z okolic II wojny światowej i okupacji, na dłuższą metę kompletnie nieistotne. Od czasu do czasu pojawiają się i znikają wielkie pojęcia, zwłaszcza w kontekście odwiecznej pary, śmierci (tytuł zobowiązuje) i miłości (tym razem pozbawionej aspektu fizycznego). Niekiedy zastępują puenty – od najzgrabniejszego, choć ogranego skojarzeniowo dwie minuty później / w moim sercu / wybuchła bomba („Diter Litwann, ur. 1964 zm. 2003”), poprzez jeśli was kiedyś zamorduję / zrobię to z miłości / która jest większa niż śmierć („siły”) i towarzysze nihiliści: nasze serca biją na wieki w jeden trumienny akt („takt”), po disco-piosenkowe chce dusić się górskim powietrzem / i chce mieć ranne od kuli serce. Czyżby zwyczajność tych wierszy okazała się na tyle nieatrakcyjna, że trzeba było ją podnieść do rangi uniwersalnej? W końcu ponadczasowość wpisana jest praktycznie w każdy rodzaj klasycyzowania. To łatwe, lekkie i przyjemne, gdy wykorzysta się dewiacyjne sposoby na „jebnięcie wierszem”. Takie pojęcia, zwłaszcza gdy wykorzystuje się je lekkomyślnie, są bronią obosieczną. Jak pisze autor w wierszu o znamiennym tytule „zastępcze światło”: miłość zamieniła się w tanie romanse. Czyli możemy już przejść do kiczu w drugiej książce Kwiatkowskiego?

M.M.: Tak. Kwiatkowski zapewne chciałby być postrzegany jako autor dotykający problemów ważnych, trudnych i – rzecz jasna – kontrowersyjnych. A mimo wszystko nie mogę się przekonać, czytając fragmenty w stylu: rozbierz się July // czuję w sobie dużą moc // i chcę byś poczuła ją również („dentysta”). Kicz można wykorzystać w poezji na wiele sposobów, ale ten z Eine kleine Todesmusik trudno mi zaakceptować. Po pierwsze, jest go za dużo. Po drugie – kicz ten pojawia się za każdym razem w podobny sposób. Odnajduję go np. w postaci ckliwych wyznań: Diter Diter niemądry chłopcze / na swój latawiec upolowałeś / płaczącą jaskółkę i jej pisklę („Uve”) albo podszedłem do fasady i ukląkłem // i ją pocałowałem // i z moich oczu pociekły łzy („ulga”). Innym jego przejawem są tandetne obrazki w stylu: piją kawę palą papierosy // i są teraz jak dwa zakurzone lustra // jak dwa płaty zapomnianej tapety („popołudnie”). A zatem: wzniosłość i liryczność kontra prowokacja, nieustanne przechodzenie z ironii do patosu lub na odwrót – oto główne cechy poezji Kwiatkowskiego, który uderza w wysokie C, żeby za moment puścić oczko. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że książka jest przeciążona tego typu „zagraniami”. Pewnie wiele wierszy dałoby się obronić, gdyby wieńczyła je błyskotliwa puenta lub zgrabnie wyprowadzony wniosek. Jak dla mnie, brak dojrzałości tym rozważaniom (wbrew temu, co pisze Baran). Aranżacja puenty odbywa się szablonowo, zwykle poprzez tworzenie refrenów ze zdań, które same w sobie nie brzmią wyjątkowo, ale powtórzone sprawiają wrażenie „ważniejszych”. Imitowanie Świetlickiego? Sam nie wiem: neoklasycyzm czy jednak barbarzyństwo?

R.G.: Jeśli barbarzyństwo, to spod znaku Onana Barbarzyńcy, gawędziarstwo z pretensjami, nachalna terapia szokowa. I to wszędzie tam, gdzie można było zagrać na cichszych dźwiękach, zaintrygować, zaledwie dotknąć. Jeśli Świetlicki miałby być patronem takiego pisania, to tylko ze względu na częste jednowersowe, dwukrotnie powtarzane refreny, mające zapewne na celu wywołanie swego rodzaju transu, a w ostatecznym rozrachunku – pielęgnujące nudę i wywlekające ze „zwrotek” jednowymiarowość i bylejakość. Świetliki nie zaśpiewałyby takich tekstów nawet z Lindą.

M.M.: Nie mogę powiedzieć, że w nowej książce nie ma dobrych wierszy, ani że sposób na poezję proponowany nam przez Kwiatkowskiego jest do niczego. Byłbym niesprawiedliwy. A jednak te lepsze wiersze (jak np. „Pan Cogito i litera Pisma” czy „dwie siostry (III)”) giną w natłoku tekstów średnich, czyli jak je nazwałeś – „impresyjek i histeryjek”. A szkoda, bo Przeprawa obiecywała znacznie więcej. Odnoszę wrażenie, że Kwiatkowski pospieszył się z drugą książką i nie dokonał obiektywnej selekcji tekstów, że zbytnio zaufał w swój geniusz...

R.G.: …czy też w geniusz instytucji blurbownictwa i promocji za wszelką cenę. Bez nich mój odbiór tej książki może byłby mniej negatywny, w każdym razie, niezakrzyczany przez autora (i w konsekwencji podmiot liryczny), dałbym jej wtedy dłuższą lekturową szansę. Sprawność warsztatowa jak najbardziej, tak samo konsekwencja formalna, kilka jaśniejszych punktów, pojedynczych lepszych wierszy (do wymienionych mogę dodać wspomnianego na wstępie „chłopczyka”), ale wykorzystanie języka…

M.M.: …pozostawia wiele do życzenia. Jak pisze autor: mojemu językowi / pozostało tylko / obciąganie („język”).


Grzegorz Kwiatkowski, Eine Kleine Todesmusik, Mamiko, Nowa Ruda 2009.
____________________________________________________________________
recenzja udostępniona przez Rafała Gawina
publikowana wcześniej w
"Arteriach" nr 3(6)/2009

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisy ad personam będą usuwane