Agnieszka Jarzębowska

Później od last minute ... (czytaj więcej)

Fotorelacja

Wieczór poezji w Krakowie

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Paweł Biliński

Przetrwać uda się nielicznym.

wtorek, 29 listopada 2011

Recenzja tomiku:

Aleksandra Zbierska

"Wibrujące ucho"




Rafał Gawin, Michał Murowaniecki - Wibrator w uchu
M.M.: Zapewne dla wielu będzie to krzywdząca opinia, gdy powiem, że w ostatnich latach nie było zbyt wiele wpływowych książek poetyckich napisanych przez kobiety. Podkreślam: wpływowych. Jest to teza nieco prowokacyjna, zwłaszcza w chwili gdy SDK w Warszawie wydaje antologię poezji kobiet Solistki. Niewykluczone, że jest to przy okazji zdanie seksistowskie – jedna ze znajomych poetek powiedziała, że „poezja to zawód dla mężczyzn”. Niezależnie od tego, czy to prawda czy nie, wiosną tego roku ziemia w poetyckim światku drgnęła za sprawą ciekawego debiutu pt. Wibrujące ucho Aleksandry Zbierskiej – autorki znanej już nieco z publikacji w serwisach internetowych i cenionej za swe dokonania. Książka ukazała się w bibliotece czasopisma „Red.” jako plon I Konkursu „O Syfon S. Scherfersteina”. Po pierwszej lekturze wiedziałem już, że jurorzy tego konkursu błędu z pewnością nie popełnili. Wyłapali pewny siebie głos. Moim zdaniem niesie on ze sobą sporo energii; nie masz podobnego wrażenia?

R.G.: Tak, chciałoby się powiedzieć „nareszcie”, bo od debiutu Marty Podgórnik minęło już ponad dziesięć lat, a praktycznie wszystkie równie zadziorne i agresywne „poetyckie inicjacje” kobiet w latach 1997–2008 nie zbliżyły się do tego poziomu. Choć w tym okresie pojawiło się kilka dobrych i wyrazistych debiutów – wymienię przede wszystkim te ze śp. Biblioteki „Studium”: Marii Cyranowicz, Joanny Wajs, Joanny Mueller, Justyny Bargielskiej i Moniki Mosiewicz. Mimo to, kobiety dały się zdominować i zepchnąć na dalszy plan. Stąd m.in. pomysł na antologię Solistki. Większość wymienionych przeze mnie poetek (bez Wajs i Bargielskiej) uwalnia się od stereotypów poezji kobiecej, realizuje dykcje raczej bezpłciowe, a często „męskie”. Tak samo jest ze Zbierską, nie od dzisiaj wiadomo (vide: portale w sieci), inspirowaną poetyką Jamesa Tate’a, a także Edwarda Pasewicza i Johna Berrymana (bezpośrednio i przy „wykorzystaniu mediacji” Pasewicza) z jednej strony i Andrzeja Sosnowskiego oraz Johna Ashbery’ego (analogicznie: bezpośrednio i przy współpracy z „samplerem” Sosnowskiego) z drugiej. Gdzieś w tym wszystkim czai się niezłomny duch Franka O’Hary i jakby z ukrycia patronuje tym „wibracjom”, energetycznym kopnięciom i strzałom. Celnym, bolesnym – bo w końcu co to za wiersz, który czytelnika nie boli – jednak czy na pewno? Co może maskować tak podana pewność siebie? Czy w ogóle mówiąc o tym debiucie możemy uciec od stereotypów?

M.M.: Ja akurat nie odczuwam tutaj ducha O’Hary. Fakt faktem, udaje się Zbierskiej zachować własną barwę głosu – pewnie dlatego, że patrzy z innej niż wskazani przez ciebie poeci-mężczyźni perspektywy. Nie da się nie zauważyć pewności siebie, z jaką mówi podmiot, tej bezkompromisowości wypowiedzi. To częste dla tzw. poetyki męskiej, z której piszące obecnie poetki chętnie korzystają. Ale przecież podmiot wierszy Zbierskiej to kobieta. Kobieta, której nieobca jest pewna wrażliwość i – mimo wszystko – delikatność. Owszem, ona bywa tu skrupulatnie maskowana: tak, pozwoliłam gnojkowi pieprzyć / od przodu i tyłu – niechże uczestniczy, tu nie ma / delikatnych uczuć („A jeśli nie wrócę? Strach pomyśleć”), a jednocześnie nie mogę pozbyć się wrażenia, że w przypadku podmiotu Wibrującego ucha jest to mechanizm obronny, a więc reakcja bezwarunkowa. Odnajduję w tych wierszach przede wszystkim głęboką gorycz i ból maskowany makijażem. A przecież czym bardziej się swoje słabości maskuje, tym (jak sądzę) mocniej one oddziałują na innych. Myślę tu na przykład o takich fragmentach: smutek, smutek obecny / wszędzie. Tak, tak, trzeba dokądś iść. / Nadstawiam tyłek (miłość nigdy nie wychodzi z mody) i nie – nie proszę, tylko się grzecznie domagam („Światło”). Nieczęsto natrafiam na poetów, którzy umiejętnie sterują emocjami, nie wpadając od razu w jakieś manifesty i banały. Zbierskiej w większości przypadków udaje się od tego odciąć. Owszem, w jej wierszach pojawia się trochę efekciarstwa lub kontrolowanego kiczu, jak np. w wierszu „Miłość”: Dać dupy, ckliwie się ścigać, possać ducha / i zwinąć forsę, żeby się nie zorientował; wydąć usta w przydługim pocałunku, znaleźć cel tej gry: / Wiesz, kurwa, tylko miłość się liczy. Najważniejsze, że zazwyczaj widać w tym umiar lub konkretny zamiar.

R.G.: Umiar nie do końca wyważony i zamiar, który zostawia jeszcze trochę miejsca dla mniej kontrolowanych przestrzeni językowych. Wiersz nie jest tutaj instrukcją obsługi, i dobrze. To rodzaj pomostu między światami, coś granicznego, co nie może przechylić szali (zwycięstwa? porażki?) na żadną ze stron, jest poza czasem: i jutro też będzie wczoraj, i pojutrze, i poza-poza- / jutrze, umarli grzebią umarłych („Horse sense”). W innym miejscu pomiot liryczny (z premedytacją) potwierdza swoją krańcowość i „chorągiewkowatość”: Chciałabym / położyć się na trawie. Być trawą, / w gruncie rzeczy („A jeśli nie wrócę? Strach pomyśleć”). W końcu świat jest takim ładnym snem („Gangbang”), w końcu nie ma się dokąd śpieszyć: wszystko znika, rozpada się, a może nawet wybucha, dominuje fragmentaryczność, pozostaje jedynie dym uwięziony / w pozbawionym znaczenia momencie – / moment pozbawiony wieczności („Intencjał Zoldy”). Alternatywy praktycznie nie ma: Uciec w bezruch, czy dreptać w tym kole? („Śniło mi się, że będziesz spał”). Miłość – seks, śmierć – zbrodnia. Coś mi tu jednak nie gra – czy to nie jest ślepy zaułek? I, oczywiście nie poruszam kwestii światopoglądowych, tylko mam na myśli samą poezję, jej źródło powstawania i źródło niszczenia.

M.M.: Cóż, tematyka stara jak świat. Ktoś już powiedział, że wszystkie wiersze są o miłości i śmierci. To pewne uproszczenie, ale niejako można się z nim zgodzić. Dlatego nie wiem, czy należy dopatrywać się tu jakiegoś zgrzytu. Intryguje mnie natomiast fakt, że w książce mamy do czynienia z pewnym przerysowanym, wyraźnie zdeformowanym przedstawieniem tych dwóch motywów. Miłość jest brudna, „pornograficzna” i wynika głównie z seksu (albo lepiej powiedzmy: jest do seksu sprowadzona). Z kolei śmierć to wypadkowa zdrady i zbrodni. Nieuniknione jest zatem przenikanie się tych dwóch tematów. I znów można powiedzieć, że „to już było”, ale przecież poezja nie polega na tym, by za wszelką cenę wyszukiwać nowych zagadnień, tylko by znajdywać metodę na to, jak je w nowym świetle przedstawić. Mnie osobiście podoba się to rozchwianie, z jakim poetka wkracza do gry, której zasady już od dawna znamy – to frapujące rozedrganie emocjonalne i próba usystematyzowania często sprzecznych uczuć.

R.G.: Tak, na przestrzeni całej książki podmiotem lirycznym wręcz miotają skrajne emocje. Ma to odzwierciedlenie również w tytułach wierszy: „Romantyczność” i zaraz potem „A ja mam właśnie napad paraliżu”, „Gangbang” i obok „Matka nigdy się nie uśmiecha – modli się”. Peelka igra z konwencją, to wciąż żywy i atrakcyjny postmodernizm, smakowite przetwory konsumpcyjno-ludowe. Powstają ciągi zapożyczeń: „Eleganccy, elokwentni” to jakby kolejna reinkarnacja tytułu poprzedniej książki poetyckiej Mariusza Grzebalskiego Słynne i świetne, która jakby już miała swoje stadium pośrednie w postaci tytułu antologii poetów Wielkopolski: Słynni i świetni. „Kwestionariusz wsobny” to kolejny poczet pytań „egzystencjalnych” – najpierw Machej pytał Karpowicza (poemat „Kwestionariusz Karpowiczowski”), następnie Przemysław Zawal (Komunikacja miejska) przepytywał Macheja, teraz to samo robi Zbierska. Trzeba przyznać, z dużym wdziękiem, choć jej poprzednik był bardziej przekonywający. Jest jeszcze kolejna wersja biblijnej historii Jonasza („Jonasz”), tym razem ze znaczącym naciskiem na dźwiękonaśladownictwo. Pojawiają się Charles Bukowski („W stronę hetero”) i skądinąd intrygująca agentka Scully („Bluff”), ale to we wspomnianej „Romantyczności” pada dla usprawiedliwienia podobnych zabiegów zdanie kluczowe: Nie ma zbrodni. To tylko literatura, tutaj można szaleć. Ale czy do końca? Wbrew pozorom podmiot tych wierszy szuka stabilizacji, swego rodzaju iluminacji („Zacznijmy od trzciny. Za domem jest”), prostoty, chce być jak zwierzę, według którego boli tylko to, co ożywione („Powiedziałeś”). I towarzyszy mu podwójny paradoks, deklaruje: Mówię, bo czuję się zmuszony („Słowo, co spało”), z drugiej strony robi to jakby od niechcenia – nieprawda, że nie mam hamulców, ja ich tylko / nie używam („Powiedziałeś”). To najciekawsze w całym zbiorze.

M.M.: Przecież tak wiele porywających historii opartych było właśnie na tego typu założeniach! Mówienie (pisanie z musu), a jednocześnie bez używania wyżej wymienionych „hamulców”, jakby istniał wyłącznie „pedał gazu”. Tylko od czasu do czasu trzeba zmieniać bieg. Dlatego ciekaw jestem, na ile Zbierska „wysprzęgli” swoją następną, już wydrukowaną książkę. W każdym razie Wibrujące ucho z pewnością nie jest bez wad. Jest coś, co mnie w niej wkurza niemiłosiernie, a mianowicie oprawa redakcyjna. „Red.” wydaje naprawdę porządne książki, ale takie kwestie jak rzetelna korekta w tekstach (ortografia, literówki oraz przede wszystkim poprawna i konsekwentna interpunkcja) powinny być standardem. Być może dla niektórych jest to sprawa marginalna i nie warto jej nagłaśniać, ale coraz częściej zauważam, że w tomikach najróżniejszej maści korekta jest „puszczana”. Zbierska wiersze umie pisać, co nie zmienia faktu, że każdemu zdarza się coś przeoczyć lub „dać się ponieść”. Dlatego też w takim momencie do akcji powinien wkroczyć redaktor. Nagromadzenie niedociągnięć może odebrać część radości towarzyszącej lekturze. Zwłaszcza w tekstach poetyckich.

R.G.: Tak, tym 35 wierszom należy się porządna reedycja. Paradoksy, sprzeczności, uporządkowany bałagan, kulturowy i kontrkulturowy magiel, (r)ewolucja seksualna, sporo „post-”, a jednak brak prostoty, ostoi, kręgosłupa, choć niekoniecznie moralnego. Zgrzyty i nieścisłości. Kocioł polski, w którym chyba najważniejszy jest język i jego pozornie nieograniczone możliwości. Język, który jest żywy, ale czy można z całkowitą pewnością stwierdzić, że „ożywia”? Jest do czego wracać. Jest?


Aleksandra Zbierska, Wibrujące ucho, KIT „Stowarzyszenie Żywych Poetów”, Brzeg 2009.
____________________________________________________________________
recenzja udostępniona przez Rafała Gawina
publikowana wcześniej w "Arteriach" nr 2(5)/2009.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisy ad personam będą usuwane