poniedziałek, 29 września 2025

Sylwia Mich Listy do K.

 

 


#1
moja zachłanność nie zna miary
cały czas chcę więcej i więcej
nie mogę się nasycić
egoistycznie wgryzam się i szarpię
by wydrzeć dla siebie największy kawałek
zwierzę we mnie zajadle walczy o miłość

 


#3
lubię gdy mnie całujesz
powoli niespiesznie
twoje wilgotne wargi
zostawiają na mnie ślady
dzięki nim tak łatwo jest odnaleźć
drogę do domu 

 


#5
to było jak skok na główkę
podjęliśmy się trudnego zadania
dwójka aktorów na niewielkiej scenie
pod okiem szalonego reżysera
bez scenariusza – pełna improwizacja
każdego dnia odkrywamy
odgrywamy swoje role inaczej
to nic dziwnego
tak bywa gdy reżyser
daje ci tylko jedną wskazówkę


kochaj

 

#6
to ty nadałeś mi formę
nie tą pierwotną – późniejszą
cierpliwie gładziłeś kanty
z uporem ścierałeś nadmiar
dbałeś o detale
wszystko po to bym stwardniała
zahartowała się jak stal
nie przewidziałeś
że ja też mam swój kryptonit


a jednak twoje spojrzenie
nadal mnie stapia

 


#8
gdy nadejdą czarne dni
świat się nie skończy
tramwaj za oknem tak samo
będzie klekotał po szynach
listonosz wrzuci awizo do skrzynki
będę tylko musiała zrobić listę
podlać kwiatki wynieść śmieci
nakarmić kota opłacić gaz
nie zapomnieć oddychać

  


#10
mówisz że jesteś jak piasek
przez kaprys rzucony na wiatr
małe nieistotne ziarenko
którego mogłoby nie być


też jestem tylko ulotną drobiną
jednak jesteś mi potrzebny
gdy porywa nas wiatr
pragnę czuć cię obok


nie mów że nasz lot się kończy
przecież nie jesteś mądrzejszy od wiatru
czy zapomniałeś już że wystarczy 1000 stopni
byśmy stopili się w kryształ 

 


#14
lubię patrzeć na ciebie
jak krzątasz się po domu
szukasz okularów smyrasz kota
plączesz kable od ładowarek
zapalasz papierosa
wtedy wszystko jest takie
jak powinno być
świat dopiero zadrży w posadach

 

 


#16
dotyk ledwie muśnięcie skóry
a potrafi uleczyć smutek ukoić ból
dać obietnicę na przyszłość


uzależniona
tak często mam ochotę go przedawkować
zatracić się w nim zagubić
by znaleźć 

 

 

#21
mam w sobie zielonookiego potwora
trzymam go na grubym łańcuchu
żywię spojrzeniami kobiet które patrzą na ciebie
ukrywam przed światem
lecz nie chcę uwolnić
paradoksalnie
lubię gdy bestia szarpie się we mnie

 

 

#24
nie dziękuj mi że jestem z tobą
przecież nie dziękujesz słońcu że wschodzi
są na świecie zjawiska, do których musisz przywyknąć
rano wstaje dzień
bociany odlatują na zimę do ciepłych krajów
ja jestem z tobą i kocham 

 

 

 

 wiersze z tomiku "Dwa morza"

sobota, 20 września 2025

Dwa morza - Sylwia Mich & Krzysztof Mich

 
 
Copyright © Sylwia Mich, Krzysztof Mich, 2024
Copyright © Maria Kuczara, 2024

Zdjęcia autorów z archiwum domowego
Skład, opracowanie graficzne: Maria Kuczara
Projekt okładki: Maria Kuczara
Korekta autorska
 
 

 
 
 
 
Zamiast wstępu

W lipcu 1986 r. na Dworcu Centralnym podszedł do
mnie pewien pan i biorąc mnie pod rękę poprosił bym
zaopiekował się jego córką. Właśnie wyjeżdżaliśmy na czeską
Szumawę na obóz pod namiotami. Dziewczyna była ładnym
podlotkiem, ale szybko okazało się, ze ma „charakterek”.
Jej wychowawczynią była moja koleżanka ze studiów,
a ja miałem pod opieką grupę chłopaków. Po obozie
dzieciaki wzięły nasze adresy i obiecały przysłać pocztówki
z dalszej części wakacji. Dostałem kilka kartek, ale tylko
Sylwia korespondowała ze mną nadal przez kilka kolejnych
lat. Przez ten czas poznałem jej zainteresowania i sympatie.
Spotkaliśmy się przypadkiem dopiero, gdy pracowałem
już w Expressie Wieczornym i miałem zrobić materiał
o maturzystach. Pojechałem do liceum Władysława IV. Gdy
rozmawiałem z maturzystami o egzaminach, podeszła do
mnie Sylwia i zapytała co ja tu robię. Po długim spacerze po
Pradze zaczęliśmy się spotykać i rok później, gdy skończyła
I rok studiów, pobraliśmy się. W tym roku, gdy ukazuje się
ta książka, mija 30 lat od tamtego dnia. Zamieszczone tu jej
wiersze powstały w ostatnich latach. Moje powstawały przez
dłuższy okres. Tomik ten jest upominkiem-niespodzianką
dla Żony z tej właśnie okazji.

Krzysztof Mich

czwartek, 18 września 2025

Nie róbmy wiele aby odnaleźć miłość - Arkadiusz Irek

 

 Arkadiusz Irek

 

 

Jesienne wypominki

Poruszasz mnie jeszcze
ale co tu kryć –
skromniej już

nie śmiem wątpić w ciebie
jak ty we mnie
życie

nie chodzi o oddech
bicie serca
kroki
nawet dotyk
nawet ten bez znaczenia

nie koisz
na wyschniętej skórze
muszę pisać wiersze
do mnie
znajomych
nieznajomych
do ciebie
świata

to mój
czy twój pomysł
aby poczuć więcej?

milczysz
jesienne usta
jak zawsze dwuznaczne
bawią się ironią
że mi nie odpowiadasz

ramiona opadają
opadają liście
pytania zamieniają się w szelesty

kiedyś było ci łatwiej
kiedyś były pragnieniami




Narzędzie

Bądź cierpliwy
nie przesadzaj z kwiatem lotosu
na początek zasadź się prosto
na oswojonym krześle

to podobnie jak z piosenką
ona też uczy się ludzi
wykorzysta każdy cud
choćby przeciekające niebo
parasol aby łapać równowagę
zuchwały taniec
po kałużach

daj się ogarnąć
nie myśl
że nie chcesz myśleć –
medytacja
chce nauczyć się ciebie



Spiskowiec

Tylko mi nie mów
że go nie znasz –

nie przejmuje się
że badania DNA
fragmentów jego futer
które przechowuje się w klasztorach –
bezspornie należą do wilków
niedźwiedzi

nikt tak jak on
nie pomaga zrozumieć tęsknoty za nieznanym
niemocy
pustki –
tak ważnych sprężynek przeznaczenia

jest jak wielki pluszak
w kartonie z teoriami spiskowymi
wyrastaliśmy i wyrastamy z nich
razem z nim

pozdrawiam go w tobie
ty pozdrów we mnie –
na pewno przetrwa

wiem
istnieje lepszy sposób
ale w tym wcieleniu
do Tybetu już się nie wybierzemy




Uprawa

Zawsze w zgodzie z naturą
ale jeśli już ją uprawiać
to np. w mikroskopijnych doniczkach

i nic
i bardzo dobrze
że najlepszy klimat ma w nosie –
przewiewnie
ciepło

można wsadzać ją tam dyskretnie
i uprawiać
a wygląda
jakby się tylko dłubało

niektórzy mówią
że najlepiej wsadzić ją w… –
no właśnie
to tak przez przekorę
ale i podobieństwo
bo to intymne sprawy

robi tak większość rodaków
no i chyba dzięki niej
tak trudno im usiedzieć
tak chętnie jeżdżą po świecie

można też udawać
że wpadła w oko
i też ją uprawiać
lekko łzawić

to zawsze mile widziane
że coś w środku jest nie tak


generalnie –
jak w homeopatii
im jej mniej
tym lepiej działa
bo łatwiej wsadzić w cokolwiek
i od niechcenia dłubać
drapać
rozcierać

doniczki koniecznie mikroskopijne
można nawet tylko udawać
że są

ale uwaga –
prawdziwa jest tylko proza
ona sprawia
że uprawa jednak jest prawdziwa

nigdy nie udawaj
że uprawiasz poezję


Między nami nielotami

Składamy skrzydełka do nieba
z ukrytą pretensją
że nie odrywamy się od ziemi

to z potrzeby kochania bardziej
wygasającego żalu
że nie jest się kochanym

to nic
że skrzydełka trzeba wymyślać
to jedno z praw –
wymyślanie wszystkiego
jako i wszystko nas wymyśliło

nie do objęcia niebo
styka się w nas
z obojętną ziemią

pokorniejemy
czujemy bliskość –
najlepiej modli się nam
spadając




Pstryk

Nie tak dawno temu
kiedy byłem nieśmiertelny
kiedy wygrywałem wszystkie wojny
nawet kiedy koledzy krzyczeli
– zostałeś trafiony! – nie żyjesz! nie żyjesz! –
bo się dalej nie bawimy!


nie tak dawno
kiedy obok trzepaka
stał jeszcze czołg
tzn. śmietnik z dwoma włazami
idealny na „Rudego”

kiedy nikt nie chciał
być Szarikiem
a po podwórku chodził
Janek za Jankiem
no i jeden Olgierd z przymusu
i Lidka
co też chciała być Jankiem –

ojciec opowiadał mi
o prawdziwej wojnie
i wstyd się przyznać
moje uszy najczęściej
automatycznie zamykały się

zapamiętałem jednak historię
o niemieckim młodym dezerterze
który schronił się w domu ojca
i czekał na wyzwolicieli
ze wschodu

kiedy przyszli
kazali ubrać niemiecki mundur
pobili
i rozstrzelali z pojmanymi wcześniej jeńcami

ciała leżały na mrozie wiele dni
i aby łatwiej było odejść
wyzwoleni ściągali im buty
a potem płaszcze
i wszystko pozostałe

tylko dezerter
leżał nietknięty

świat ciągle trzeba wyzwalać
nie mam już ojca
leży w ziemi
udaje poległego
a ja przejęty opowiadam
opowiadam

ostatnio o Ukrainie
ale nie tylko

nie kryję satysfakcji –
słucha tak jak kiedyś
„Wolnej Europy”

ściszam
kończę –
wydaje mi się
że pochrapuje

czekam na delikatne pstryk
po którym kiedyś
zaraz się budził




Życzenie


Chodź
opowiem ci bajkę
o tym
że ludzie nie wiedzieli już
czego pragnąć

niebo było w dłoni
parę przycisków
pamiętało o wszystkim

cały czas były uśmiechy
domy
nawet łzy
może bardziej słone
bo zadziwione
że bliskość jest tak daleko

była nawet miłość jak piękno
i piękno jak miłość
doskonałe wyroby piękno
i miłosno-podobne

już czas
dobrych snów
i tego co w bajkach najważniejsze –
dobrego przebudzenia



Pozdrowienia


Było nas kilku
starożytnych filozofów
chodziliśmy po klasie
profesor dłubał w nosie
opowiadał
że osiągniemy wszystko
czego będziemy pragnąć

i faktycznie –
proste równoległe
przecięły się bardzo szybko
„wiem
że nic nie wiem” –
jeszcze szybciej

profesor mógłby
zamiast skomplikowanych twierdzeń
zarecytować nam
napisaną przez siebie „Odę do rozumu”
ale to było zbyt trudne
wolał pozostać matematykiem

coraz częściej czytam ją
jak czułe pozdrowienia
z zaświatów

wtorek, 16 września 2025

Na pomoc przeznaczeniu - Arek Irek

Słowa biorą się
z ludzików
z żołędzi i kasztanów
stoją na parapecie okna na świat
pilnują czyjegoś dzieciństwa

potem
cały czas w tym samym miejscu
zaczynają pilnować dorosłości

w Anglii zatrudniono 
nauczycielkę z zespołem Turette’a
aby skuteczniej pomagała akceptować
zachwyty
niepokoje

fucking hell!
fucking hell

chorzy
jeśli tylko mogą
lepiej uzdrawiają od zdrowych 

spróbujmy w naszym
umęczonym kraju

 

projekt okładki, opracowanie graficzne, skład: Maria Kuczara

Wydawnictwo Wąbrzeskie Zakłady Graficzne Sp. z o.o.

 

 

Arkadiusz Irek - urodzony i zamieszkały w Jabłonowie Pomorskim. Z wykształcenia matematyk i pedagog. Miłośnik cudnomanowcowych myśli i górskich wędrówek. Inicjator promowania twórczości literackiej młodych („Gazetka Międzyszkolna", „Cudne Manowce").

 

"Nie róbmy wiele

aby odnaleźć miłość

róbmy więcej aby to ona nas odnalazła"

sobota, 13 września 2025

„Portrety z pamięci podręcznej” - fotorelacja

W dniu 12 września 2025, w  Klubie Kultury MCK Jedynka, odbył się wernisaż  grafik Krzysztofa Schodowskiego, towarzyszący Festiwalowi „Hop Słonimski Fest 2025” w 130  rocznicę urodzin Antoniego Słonimskiego. 

 

Krzysztof Schodowski ur. 1983 r. Plastyk, autor książki poetyckiej "Milion depesz stąd" (WBPiCAK, 2020). Laureat Połowu 2017. Nominowany w XXV OKP im. Jacka Bierezina (2019). Publikował m. in. w "Tlenie Literackim", "Stonerze Polskim", "Stronie Czynnej", "Wakacie", w "bibliotece" Biura Literackiego. Mieszka w Warszawie. Swoje rysunki prezentował na kilkudziesięciu wystawach w Polsce i za granicą. Jego prace znajdują się w prywatnych kolekcjach m. in. w Irlandii, Francji i Kanadzie. 

 


Na wystawie pt. "Portrety z pamięci podręcznej" zostały zaprezentowane  prace Krzysztofa Schodowskiego z ostatnich dwóch lat. Autor ten znany jest z inspirowanych linorytami i drzeworytami czarno-białych obrazów, których podobieństwo do tych tradycyjnych technik graficznych jest na tyle zaskakujące co złudne. Schodowski nie operuje bowiem dłutami, nożykami czy igłami, lecz całkiem współczesnym rapidografem. Bez jakiegokolwiek szkicu - można powiedzieć na "na żywo" - na białe kartonowe tło nakłada feerię ekspresyjnych kresek, linii, kropek i plamek, za pomocą których tworzy niezwykłe portrety osób bliskich, bliższych lub dalszych znajomych, a czasem ludzi zupełnie obcych, których emocje współgrają z jego zamysłami, z jego odczytywaniem meandrów współczesności.

 za:  https://www.telewizjagorzow.pl/wydarzenie/636,wystawa-grafik-krzysztofa-schodowskiego

 

 

 

 Wystawę Krzysztofa, można oglądać do 3 października 2025 r.  




























fot. Andrzej Dygas

czwartek, 11 września 2025

Noce w szpitalu pachną lepkim oczekiwaniem. Bezsenność pomieszana jest z bólem, senne marzenia z tęsknotą. Wszystko zastyga.

 Katarzyna Wierzbicka

 

 

 

 

Czekanie boli

 

            Noce w szpitalu pachną lepkim oczekiwaniem. Bezsenność pomieszana jest z bólem, senne marzenia z tęsknotą. Wszystko zastyga. Cichy pokój jest jak klatka, która dusi. Rano trzeba otworzyć okna, wywiać to, co złe.

 

            *

            Wyciszam emocje. Ciemność otulona szorstkim kocem. Sąsiadka chrapie, zresztą uprzedzała. Kran nad umywalką znów słabo dokręcony, przepuszcza co jakiś czas krople życia z innego świata. Wtapiam się w mrok, czekając na świt. Udając dzielność przed samą sobą, znów nie poprosiłam o tabletkę na sen. Słuchawkami odgradzam się od dźwięków sali. Cicha muzyka przy zamkniętych oczach stwarza pozory normalności.

            Przerywa to ostre światło jarzeniówki. Pielęgniarka z ostatnią tego dnia porcją kroplówek do pani X. Znów ciemno. Z trudem rezygnuję z czytania.  Noc byłaby łagodniejsza, gdybym zaklinała czas stronicami książek. Zaczynam udawać sama przed sobą senność. Staram się nie myśleć o domu i dzieciach. Wiem, że wtedy długo w noc będę próbowała nie płakać.

 

            *

            Jak pachniały mi noce dyżurów, gdy zaczynałam pracę w szpitalu? Niepokojem przed wyzwaniem, zapachem kolejnej kawy słodzonej tremą - jak przed występem, w biegu zjedzonym batonikiem, zmęczeniem pomieszanym z porcją adrenaliny. Zapach szpitalnych korytarzy, ból połączony z potem i moczem, dochodzący przez uchylone drzwi z sal chorych.

            Noc na dyżurze dawała czas na trochę wytchnienia. Sen pacjentów był nadzieją na przerwę w pracy, chwilę oddechu. Szybki telefon do domu. Uśmiech na twarzy z myślą o dzieciach. Dobra tęsknota kojąca, dająca siłę i perspektywę oddechu poza murami szpitala.

            Dźwięk karetki za oknem budził duchy. Chwila mobilizacji, klapki na stopy, schody, korytarz, zakręt i niepewność, co znowu się wydarzy. Praca, praca, praca. Wskazówki zegara popychane kolejnym zleceniem, oczekiwaniem na wyniki badań. Znów szansa na krótki sen wykradany nocy. Czekanie na upragniony poranek.

 

            *

            Jestem w innym szpitalu, pozornie podobne sale, korytarze znane z pracy. Bliźniacze pomieszczenia, te same dźwięki telefonów, wind, wózka z jedzeniem. Tak samo brzmiące zagonione, szybkie kroki. Teraz nie moje.

            Tkwię w szpitalnym łóżku jak za karę. Zwijam się w kłębek pełen nitek wątpliwości. Czekanie boli.

            Na korytarzu pacjenci z sali obok grają w szachy. Kiedy to ja rozstawiałam pionki na planszy dnia? Królowa dyżuru czy goniec? Pacjenci jak pionki zbijani czasem przez życie. Przesuwani z białych na czarne pola. Kto rozgrywał partie, czyje plany wygrywały, czyje strategie, wyjścia były lepsze...

            Chyba jednak tu utknęłam. Zaczarowana na szachownicy szpitalnych pomieszczeń. Jaki dziś ruch ktoś przewidział dla mnie? Białe pola łóżka, przeskok na salę operacyjną, konsylium czy wybawienie i wypis do domu? Czekam. Niestrudzenie. Jak wieża wypatruję szansy na ruch.

            Jaki kolor jest wygrany? Białego szpitalnego nie lubię. Blada w białej pościeli powoli znikam. Czarny kojarzy mi się zawsze smutno, po śmierci A. zbyt długo śniły mi się kobiety w czarnych kapeluszach. Czemu szachy nie mają innych barw?

 

            *

            Kolejny pacjent na dyżurze, przypadek pchający wskazówki zegara do przodu. Oby jeszcze przetrwać kilka godzin. Coraz większe zmęczenie zabiera na bok empatię, odziera z uważności. Przypadek, dokumenty, zlecenia leków i badań. Narasta irytacja jak ból zęba. Chociaż chwila przerwy na herbatę dałaby mi szansę na zebranie myśli. Dopiero zatroskane pytanie kogoś z rodziny pacjenta w słuchawce telefonu, na izbie przyjęć, znów stawia mnie na właściwym miejscu. Przecież nie jestem tu za karę, lecz z wyboru. Kolejny pacjent z karetki to nie wróg snu, ale ktoś, kto mnie potrzebuje. Moja mama też się o mnie wciąż martwi.

            Znów uśmiecham się pod nosem, kiedy przypominam sobie zdziwienie córeczki, że mamy w szpitalu izbę przyjęć. Świetnie, to znaczy robicie sobie przyjęcia? Naburmuszyła się wtedy na mnie, że znikam z domu dla zabawy. Zatem teraz całą sobą - mimo pracy - czekam z niecierpliwością na możliwość powrotu do domu i jej uśmiech.

 

            *

            Kolejny pacjent na korytarzu daje poczucie wspólnoty w bólu, tęsknocie za domem, niepewności. Rośnie uważność na proste gesty, czujność na słabe uśmiechy i lękliwe spojrzenia.

            Czy pamiętam jeszcze zapach lasu, łąki o świcie, jabłka zerwanego w sadzie? Jak pachnie mój ból? Najbardziej strachem o dzieci, potem niepewnością jutra, tęsknotą spacerów. Czytam kompulsywnie, zatrzaskuję drzwi trwodze gęsto zapisaną kartką. Czytam akapit trzy razy, wciąż gubię wątek. Książka pachnie drukiem. Po lesie i kawie to chyba najpiękniejszy zapach, jaki przychodzi mi teraz do głowy. Jestem zła na siebie, że nie umiem skupić uwagi. Moje myśli jak psy spuszczone ze smyczy, wciąż biegną przez szpitalne korytarze w stronę okien, bliżej światła, słońca, jakby chciały uciec na zewnątrz. Tam gdzieś jest życie, powietrze, śmiech, normalna praca  i mój dom. Znów wycieram oczy tęsknotą płynące.

            Telefony od rodziny są jak iskierki słońca. Mrużę oczy, gdy dzwonisz. Wyobrażam sobie twoje spojrzenie. A jednak każda rozmowa rozrywa mój pozorny spokój na strzępki. Nie sądziłam, że czas tyle waży i tak spina wszystkie mięśnie w bolesne supły oczekiwania. Znów wspomnienia uleciały za okno, niebo pochmurnieje jak ja. Wszystko boli.

 

            *

            Maraton dyżuru. Nigdy nie byłam długodystansowcem, wolałam szybki krótki bieg niż te dalekie trasy. Nie rozumiałam nigdy tych pasji biegania. Teraz mój czas szpitalnej pracy jest jak samotny długi bieg, meta w domu. Niebawem dotrę tam, choć wydaje się to teraz nieosiągalne, zbyt odległe. Wolałabym pracować do późnej nocy, a dobowy dyżur jest dla mnie za bardzo męczący. Dużo lepiej by było tu trwać, licząc na sen we własnym łóżku. Czas pracy zasklepiony między obowiązkiem a tęsknotą za domem. Czekanie na koniec dyżuru uzmysławia mi, jak bardzo cenię powrót do normalności poza murami szpitala. 

 

            *

            Maratony przebiegniętych sekund w dzwoniącej nocą ciszy. Czas biały, lepki, bolesny teraz

pachnie dla mnie jak kożuch na mleku - zapach z dzieciństwa, nielubianego mleka w kubku.

            Jak długo można trwać bez ruchu, jak długo udawać przed sobą, że się nie boję - uczę się tego. Czuję się jak żołnierz w okopie. Leżę, zakopana w koc, czekam na nalot, atak, strzelaninę. Wszystko lepsze od oczekiwania. Walka z wrogiem. Jakie bitwy mam jeszcze stoczyć? Wróg mały, niewidzialny, zamaskowany we mnie szykuje kolejny atak. Czy mogę liczyć na odwrót?

            Drażnią mnie reklamy peruk. Nie potrafię mimo to odgonić myśli o długich rudych włosach. Od razu widzę Anię z Zielonego Wzgórza, pomylone farby, lektura czytana z mamą. To może jednak zamiast rudych wolałabym zielone - kolor nadziei na głowie.

            Nie dam się wkręcić w rozmowy o przyszłości. Żyję bez zegarka, schowałam go do szafki szpitalnej pierwszego dnia. To takie moje małe oszustwo. Nie liczę tego, co niechciane. Czas odmierzam stronicami książek, porami posiłków, ruchem obłoków na niebie. Reszta teraz nie ma znaczenia. Zatapiam się w sen. Paradoksalnie w dzień dźwięki i zapachy, które mnie otaczają, pozwalają zasnąć. Ulga, sen pcha wskazówki zegara w dobrą stronę.

 

 

            *

            Poranek pachnie mleczną zupą. Ruch na korytarzu jak w mrowisku, wszystko się kłębi. Kroki, kroki, kroki. Szybki obchód, kawa, zapomniane zlecenie, wypis dla pacjenta. Zbiegam mimo zmęczenia po schodach. Goni mnie tęsknota za domem, poczucie dobrze przeżytego czasu. Dyżur zamyka z ulgą drzwi za sobą.  Zaraz będzie zapach mieszkania, przytulas od dzieci. Drzemka we własnym łóżku. Tyle planów, tyle chęci, tyle kroków do zrobienia. Zmęczenie ucieka gdzieś w kąt.

 

            *

            Rano budzi mnie pomiar temperatury. Wystawiam odruchowo czoło, przez ulatujący sen, który jak zawsze przyszedł dopiero nad ranem. Czemu właśnie wtedy trzeba mierzyć to, co i tak się szybko nie zmieni. Otwieram oczy znów zaskoczona bielą ścian, pustką okien.

            Czekam. Dziś pełna nadziei na wypis. Po raz kolejny sprawdzam radośnie, że obie piersi są na swoich miejscach. Szczęście zagłusza lekki ból, jak zapach czekolady z chili, słony karmel. To nic, czasem mieszanina smaków jest potrzebna dla równowagi.

            Dziś szpital ma zapach moich perfum. Otulona szalem z domu siedzę, patrzę w okno już ze spokojem. Krążące ptaki nie drażnią, stawiam z nich przecinki moim myślom lecącym do domu. Już widzę siebie za murami szpitala. Łzy znów zacierają ostrość widzenia, ale mimo to barwy mam w sobie, pod powiekami. Dobre kolory lasu, twoich oczu, ulubionych ubranek dziewczynek. W torbie mam dla dzieci drobiazgi ze szpitalnego kiosku, jak z podróży. Znów kolejne oszustwo, jakbym wracała z wakacji. Z izby przyjęć pełnej balonów urodzinowych. Na swój sposób urodziłam się tu po raz kolejny.

            Tęsknię za zapachem domu, skrzypieniem wiklinowego fotela, grą świateł na ścianie z kaboszonów lampy. Czas jak ciepły koc dziś otula mnie przyjaźnie. Wyciągam zegarek z szuflady, mruczy cicho jak kot. Wie, że wracamy do domu, dobrego czasu. Wyobrażam sobie, jaką zupę ugotowałeś dla mnie, dla dzieci. To na pewno rosół, twoja specjalność, gdy chcesz zadbać o rodzinę, nasze zdrowie. A ja przecież jednak byłam chora. Zawsze mówiłeś, że od rosołu każdy poczuje się lepiej. Czuję się świetnie na samą myśl o zupie jedzonej razem z wami.

            Słyszę kroki obchodu na korytarzu. Czekam z uśmiechem Kota Dziwaka. Cała jestem tylko uśmiechem, niewidzialnym dla świata. Nie boję się królowej. Mogę przemalować róże, jeśli zechcę. Układać pasjanse z kart gorączkowych. Dziś już mnie to nie przeraża. Jeśli na razie wygrałam, mogę wiele. Czekanie przestało boleć, jest teraz jak pięknie opakowany prezent.

            Udało się. Szach – mat królowi oddziału. Dziś wracam do domu. Tyle kroków do zrobienia, tyle chęci i planów. Wychodzę stąd, oby bezpowrotnie. Na korytarzu pachnie nadzieją.

 

                                                                                               Jesień 2021