Katarzyna Wierzbicka
Czekanie boli
Noce w szpitalu pachną lepkim
oczekiwaniem. Bezsenność pomieszana jest z bólem, senne marzenia z tęsknotą.
Wszystko zastyga. Cichy pokój jest jak klatka, która dusi. Rano trzeba otworzyć
okna, wywiać to, co złe.
*
Wyciszam emocje. Ciemność otulona
szorstkim kocem. Sąsiadka chrapie, zresztą uprzedzała. Kran nad umywalką znów
słabo dokręcony, przepuszcza co jakiś czas krople życia z innego świata.
Wtapiam się w mrok, czekając na świt. Udając dzielność przed samą sobą, znów
nie poprosiłam o tabletkę na sen. Słuchawkami odgradzam się od dźwięków sali.
Cicha muzyka przy zamkniętych oczach stwarza pozory normalności.
Przerywa to ostre światło
jarzeniówki. Pielęgniarka z ostatnią tego dnia porcją kroplówek do pani X. Znów
ciemno. Z trudem rezygnuję z czytania.
Noc byłaby łagodniejsza, gdybym zaklinała czas stronicami książek.
Zaczynam udawać sama przed sobą senność. Staram się nie myśleć o domu i
dzieciach. Wiem, że wtedy długo w noc będę próbowała nie płakać.
*
Jak pachniały mi noce dyżurów, gdy
zaczynałam pracę w szpitalu? Niepokojem przed wyzwaniem, zapachem kolejnej kawy
słodzonej tremą - jak przed występem, w biegu zjedzonym batonikiem, zmęczeniem
pomieszanym z porcją adrenaliny. Zapach szpitalnych korytarzy, ból połączony z
potem i moczem, dochodzący przez uchylone drzwi z sal chorych.
Noc na dyżurze dawała czas na trochę
wytchnienia. Sen pacjentów był nadzieją na przerwę w pracy, chwilę oddechu.
Szybki telefon do domu. Uśmiech na twarzy z myślą o dzieciach. Dobra tęsknota
kojąca, dająca siłę i perspektywę oddechu poza murami szpitala.
Dźwięk karetki za oknem budził
duchy. Chwila mobilizacji, klapki na stopy, schody, korytarz, zakręt i
niepewność, co znowu się wydarzy. Praca, praca, praca. Wskazówki zegara popychane
kolejnym zleceniem, oczekiwaniem na wyniki badań. Znów szansa na krótki sen
wykradany nocy. Czekanie na upragniony poranek.
*
Jestem w innym szpitalu,
pozornie podobne sale, korytarze znane z pracy. Bliźniacze pomieszczenia, te
same dźwięki telefonów, wind, wózka z jedzeniem. Tak samo brzmiące zagonione,
szybkie kroki. Teraz nie moje.
Tkwię w szpitalnym łóżku jak za
karę. Zwijam się w kłębek pełen nitek wątpliwości. Czekanie boli.
Na korytarzu pacjenci z sali obok
grają w szachy. Kiedy to ja rozstawiałam pionki na planszy dnia? Królowa dyżuru
czy goniec? Pacjenci jak pionki zbijani czasem przez życie. Przesuwani z
białych na czarne pola. Kto rozgrywał partie, czyje plany wygrywały, czyje
strategie, wyjścia były lepsze...
Chyba jednak tu utknęłam.
Zaczarowana na szachownicy szpitalnych pomieszczeń. Jaki dziś ruch ktoś
przewidział dla mnie? Białe pola łóżka, przeskok na salę operacyjną, konsylium
czy wybawienie i wypis do domu? Czekam. Niestrudzenie. Jak wieża wypatruję
szansy na ruch.
Jaki kolor jest wygrany? Białego
szpitalnego nie lubię. Blada w białej pościeli powoli znikam. Czarny kojarzy mi
się zawsze smutno, po śmierci A. zbyt długo śniły mi się kobiety w czarnych
kapeluszach. Czemu szachy nie mają innych barw?
*
Kolejny pacjent na dyżurze,
przypadek pchający wskazówki zegara do przodu. Oby jeszcze przetrwać kilka
godzin. Coraz większe zmęczenie zabiera na bok empatię, odziera z uważności.
Przypadek, dokumenty, zlecenia leków i badań. Narasta irytacja jak ból zęba.
Chociaż chwila przerwy na herbatę dałaby mi szansę na zebranie myśli. Dopiero
zatroskane pytanie kogoś z rodziny pacjenta w słuchawce telefonu, na izbie
przyjęć, znów stawia mnie na właściwym miejscu. Przecież nie jestem tu za karę,
lecz z wyboru. Kolejny pacjent z karetki to nie wróg snu, ale ktoś, kto mnie
potrzebuje. Moja mama też się o mnie wciąż martwi.
Znów uśmiecham się pod nosem, kiedy
przypominam sobie zdziwienie córeczki, że mamy w szpitalu izbę przyjęć.
Świetnie, to znaczy robicie sobie przyjęcia? Naburmuszyła się wtedy na mnie, że
znikam z domu dla zabawy. Zatem teraz całą sobą - mimo pracy - czekam z
niecierpliwością na możliwość powrotu do domu i jej uśmiech.
*
Kolejny pacjent na korytarzu daje
poczucie wspólnoty w bólu, tęsknocie za domem, niepewności. Rośnie uważność na
proste gesty, czujność na słabe uśmiechy i lękliwe spojrzenia.
Czy pamiętam jeszcze zapach lasu,
łąki o świcie, jabłka zerwanego w sadzie? Jak pachnie mój ból? Najbardziej
strachem o dzieci, potem niepewnością jutra, tęsknotą spacerów. Czytam
kompulsywnie, zatrzaskuję drzwi trwodze gęsto zapisaną kartką. Czytam akapit
trzy razy, wciąż gubię wątek. Książka pachnie drukiem. Po lesie i kawie to
chyba najpiękniejszy zapach, jaki przychodzi mi teraz do głowy. Jestem zła na
siebie, że nie umiem skupić uwagi. Moje myśli jak psy spuszczone ze smyczy,
wciąż biegną przez szpitalne korytarze w stronę okien, bliżej światła, słońca,
jakby chciały uciec na zewnątrz. Tam gdzieś jest życie, powietrze, śmiech,
normalna praca i mój dom. Znów wycieram
oczy tęsknotą płynące.
Telefony od rodziny są jak iskierki
słońca. Mrużę oczy, gdy dzwonisz. Wyobrażam sobie twoje spojrzenie. A jednak
każda rozmowa rozrywa mój pozorny spokój na strzępki. Nie sądziłam, że czas
tyle waży i tak spina wszystkie mięśnie w bolesne supły oczekiwania. Znów
wspomnienia uleciały za okno, niebo pochmurnieje jak ja. Wszystko boli.
*
Maraton dyżuru. Nigdy nie byłam
długodystansowcem, wolałam szybki krótki bieg niż te dalekie trasy. Nie
rozumiałam nigdy tych pasji biegania. Teraz mój czas szpitalnej pracy jest jak
samotny długi bieg, meta w domu. Niebawem dotrę tam, choć wydaje się to teraz
nieosiągalne, zbyt odległe. Wolałabym pracować do późnej nocy, a dobowy dyżur
jest dla mnie za bardzo męczący. Dużo lepiej by było tu trwać, licząc na sen we
własnym łóżku. Czas pracy zasklepiony między obowiązkiem a tęsknotą za domem.
Czekanie na koniec dyżuru uzmysławia mi, jak bardzo cenię powrót do normalności
poza murami szpitala.
*
Maratony przebiegniętych sekund w
dzwoniącej nocą ciszy. Czas biały, lepki, bolesny teraz
pachnie dla
mnie jak kożuch na mleku - zapach z dzieciństwa, nielubianego mleka w kubku.
Jak długo można trwać bez ruchu, jak
długo udawać przed sobą, że się nie boję - uczę się tego. Czuję się jak
żołnierz w okopie. Leżę, zakopana w koc, czekam na nalot, atak, strzelaninę.
Wszystko lepsze od oczekiwania. Walka z wrogiem. Jakie bitwy mam jeszcze
stoczyć? Wróg mały, niewidzialny, zamaskowany we mnie szykuje kolejny atak. Czy
mogę liczyć na odwrót?
Drażnią mnie reklamy peruk. Nie
potrafię mimo to odgonić myśli o długich rudych włosach. Od razu widzę Anię z
Zielonego Wzgórza, pomylone farby, lektura czytana z mamą. To może jednak
zamiast rudych wolałabym zielone - kolor nadziei na głowie.
Nie dam się wkręcić w rozmowy o
przyszłości. Żyję bez zegarka, schowałam go do szafki szpitalnej pierwszego
dnia. To takie moje małe oszustwo. Nie liczę tego, co niechciane. Czas
odmierzam stronicami książek, porami posiłków, ruchem obłoków na niebie. Reszta
teraz nie ma znaczenia. Zatapiam się w sen. Paradoksalnie w dzień dźwięki i
zapachy, które mnie otaczają, pozwalają zasnąć. Ulga, sen pcha wskazówki zegara
w dobrą stronę.
*
Poranek pachnie mleczną zupą. Ruch
na korytarzu jak w mrowisku, wszystko się kłębi. Kroki, kroki, kroki. Szybki obchód,
kawa, zapomniane zlecenie, wypis dla pacjenta. Zbiegam mimo zmęczenia po
schodach. Goni mnie tęsknota za domem, poczucie dobrze przeżytego czasu. Dyżur
zamyka z ulgą drzwi za sobą. Zaraz
będzie zapach mieszkania, przytulas od dzieci. Drzemka we własnym łóżku. Tyle
planów, tyle chęci, tyle kroków do zrobienia. Zmęczenie ucieka gdzieś w kąt.
*
Rano budzi mnie pomiar
temperatury. Wystawiam odruchowo czoło, przez ulatujący sen, który jak zawsze
przyszedł dopiero nad ranem. Czemu właśnie wtedy trzeba mierzyć to, co i tak
się szybko nie zmieni. Otwieram oczy znów zaskoczona bielą ścian, pustką okien.
Czekam. Dziś pełna nadziei na wypis.
Po raz kolejny sprawdzam radośnie, że obie piersi są na swoich miejscach.
Szczęście zagłusza lekki ból, jak zapach czekolady z chili, słony karmel. To
nic, czasem mieszanina smaków jest potrzebna dla równowagi.
Dziś szpital ma zapach moich perfum.
Otulona szalem z domu siedzę, patrzę w okno już ze spokojem. Krążące ptaki nie
drażnią, stawiam z nich przecinki moim myślom lecącym do domu. Już widzę siebie
za murami szpitala. Łzy znów zacierają ostrość widzenia, ale mimo to barwy mam
w sobie, pod powiekami. Dobre kolory lasu, twoich oczu, ulubionych ubranek
dziewczynek. W torbie mam dla dzieci drobiazgi ze szpitalnego kiosku, jak z
podróży. Znów kolejne oszustwo, jakbym wracała z wakacji. Z izby przyjęć pełnej
balonów urodzinowych. Na swój sposób urodziłam się tu po raz kolejny.
Tęsknię za zapachem domu,
skrzypieniem wiklinowego fotela, grą świateł na ścianie z kaboszonów lampy.
Czas jak ciepły koc dziś otula mnie przyjaźnie. Wyciągam zegarek z szuflady,
mruczy cicho jak kot. Wie, że wracamy do domu, dobrego czasu. Wyobrażam sobie,
jaką zupę ugotowałeś dla mnie, dla dzieci. To na pewno rosół, twoja
specjalność, gdy chcesz zadbać o rodzinę, nasze zdrowie. A ja przecież jednak
byłam chora. Zawsze mówiłeś, że od rosołu każdy poczuje się lepiej. Czuję się
świetnie na samą myśl o zupie jedzonej razem z wami.
Słyszę kroki obchodu na korytarzu.
Czekam z uśmiechem Kota Dziwaka. Cała jestem tylko uśmiechem, niewidzialnym dla
świata. Nie boję się królowej. Mogę przemalować róże, jeśli zechcę. Układać
pasjanse z kart gorączkowych. Dziś już mnie to nie przeraża. Jeśli na razie
wygrałam, mogę wiele. Czekanie przestało boleć, jest teraz jak pięknie
opakowany prezent.
Udało się. Szach – mat królowi
oddziału. Dziś wracam do domu. Tyle kroków do zrobienia, tyle chęci i planów.
Wychodzę stąd, oby bezpowrotnie. Na korytarzu pachnie nadzieją.
Jesień
2021