Roman Honet

Odległość robi tak, żeby pamiętać.

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Rafał Gawin

Spis cudzołożnic ... (czytaj więcej)

czwartek, 19 grudnia 2013

Ze snów i przypomnień - Umieranie Iris




Przy niektórych książkach dużo się śni. I to wcale nie musi mieć ze sobą związku, bo może w tym samym czasie dużo się dzieje, mocno się żyje i to natychmiast przekłada się na szybsze obroty nocnej rzeczywistości. A może zachodzą inne zjawiska, których wytłumaczenie nie jest proste. Chciałem zauważyć, że przy intensywniejszym życiu nie ma czasu na książki, na uroczyste smakowanie ich fragmentów. To jednak też nie jest jednoznaczne, wystarczy wydzielić sobie dwa kwadranse dziennie, by całkowicie uciec od najbardziej dynamicznego bycia. To jest do pogodzenia, do połączenia. A połączenia bywają zaskakujące.
Jedno z nich przebiegło jak iskra pomiędzy ilością i jakością snów a czytaną w tych dniach książką. Chodzi o „Dzwon” Iris Murdoch, angielskiej filozofki i pisarki debiutującej  w 1954 roku książką „W sieci” (trochę pod wpływem Sartre’a i jego „Mdłości”). I zaczęło śnić się podwórze z dzieciństwa, właściwie dwa podwórza. Za pochylonym, zgrzybiałym domem była maleńka, wbita w zbocze, przestrzeń okolona potężnymi głazami. Tu na pozór nie działo się zbyt wiele. Można było kultywować samotność, uprawiać zabawy z samym sobą, gadać na głos do zwierząt i roślin, do siebie. Jeśli chciało się szybszego ruchu wyobraźni, gier zespołowych i rywalizacji, należało przebiec brukowaną uliczkę. Tam było wielkie, długie podwórko z ciekawymi zakamarkami i gromadą dzieciaków wysypujących się z klatek niedawno zbudowanego bloku. Drozdowscy byli gdzieś spod Lidy. Zżyłem się z nimi mocno.
W książce Murdoch moją uwagę przykuł niejaki Toby Gashe, co już było sygnałem nagłego powrotu do niedojrzałości. Tylu tam ciekawych, wyrazistych facetów o bogatym wnętrzu (w tym jeden subtelny homoseksualista), a ja uczepiłem się podrostka. Przypomniał mi nabożne pochłanianie nowych słów, praktykę poznawczą sprzed lat, kiedy wydawało się, że wraz z nowymi słowami rośnie mądrość. I te jego odkrycia, które czyniły go z minuty na minutę (w tym gorącym okresie) „życiowo doświadczonym”. Tak mu się wydawało. Tak mi się wydawało.
Chodzi o pierwotne intuicje dotyczące życia i jego sensu. Nabywa się je bardziej z obserwacji 
i uczestnictwa niż z książek. Muszą nas mocno dotknąć, żeby utkwić na zawsze. Ostatnio mam problem z tym „na zawsze”. Uczepiłem się Toby’ego Gasha, bo zdałem sobie sprawę z tego, że świadomość trzeba odnawiać, do pierwotnych intuicji wracać , że przypominanie jest warunkiem podtrzymywania świeżości bycia. Toby’ego Gasha trzeba w sobie odgrzebywać bez końca, zadając przy tym pytania 
w stylu „co ja właściwie wtedy myślałem, co czułem?” Na tym między innymi polegałyby walka 
z destrukcją, to „niszczenie i odbudowywanie świadomości”, jak to zgrabnie ujął Michał Fostowicz, poeta 
i filozof. 
W zbiorze esejów „Świat bez prawdy” pisze: „Nie ma żadnego automatycznego rozwoju i przybywania myśli w dziejach, jest tylko powstawanie i rozpad fundamentalnych intuicji, budowanie i niszczenie własnej świadomości”.
W powracającym śnie biesiadnicy są coraz bardziej pijani. Nie wiem, czy to wesele, chrzciny czy komunia. Podwórko za blokiem zastawione jest stołami. Zwraca uwagę postać Franciszka Drozdowskiego w nienagannie skrojonym garniturze i wzorzystym krawacie. Wznosi toasty. Widzę poruszające się usta. Nie słyszę słów. Między stołami przemykają kury. Dostojnie kroczy purpurowy kogut. My, dzieci, trochę się go boimy. Boimy się też jego śmierci: zakrwawiony pieniek jest obok, takim jak on prędzej czy później ucina się łeb, który potem wala się w trocinach.

Następnego dnia poszedłem na ulicę Jeziorną. Tknęła mnie myśl, że to był znak, że pan Franek nie żyje. Spodziewałem się ujrzeć nekrolog na drzwiach środkowej klatki. Na szczęście nic takiego nie powiewało na wietrze. Żyje jeszcze i ma się dobrze jeden z bohaterów dawnego życia, teraźniejszych snów.

Zainteresowany postacią Murdoch dotarłem do filmu „Iris”. I zrozumiałem, jak ważne dla niej i niektórych jej bohaterów były słowa. Bogactwo życia miało przekładać się na bogactwo słów. Głęboko wierzyła 
w sens odwrotnej relacji: bogactwo słów rzutuje na bogactwo życia, na intensywniejsze postrzeganie rzeczywistości. Nowe słowa to nowe myśli, coraz szersza świadomość. Umieranie zaczyna się wraz 
z brakiem słów, z ich ubywaniem. Film Richarda Eyre przeraża bezceremonialnością obrazowania tego procesu, bo właśnie tak, dosłownie, zaczyna się umieranie Iris. Uciekają słowa, gasną myśli. Rwie się pamięć na coraz mniejsze, nienazwane kawałki. A kartki, porywane przez wiatr, szybko giną w morzu.



Karol Maliszewski  


__________________________
publikacja za zgodą Autora

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisy ad personam będą usuwane