Roman Honet

Odległość robi tak, żeby pamiętać.

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Rafał Gawin

Spis cudzołożnic ... (czytaj więcej)

wtorek, 18 grudnia 2012

Karol Maliszewski o "Poliptyku" w Świdnicy


    
Szanowni Państwo!


          Dla rzeźbiarza, snycerza, zwieńczeniem terminowania było wykonanie lipowego ołtarza składającego się z trzech części, czyli tryptyku. Mówię o tym, bo mam skojarzenia z dawną tradycją rzemieślniczą, myśląc o rozwoju poetyckim Grzegorza Wołoszyna, którego wiersze znam od lat, a o pierwszej próbie wydawniczej, młodzieńczym arkuszu, napomykałem w miesięczniku „Odra”. Nie był to jeszcze majstersztyk. Na majstersztyk trzeba było cierpliwie czekać. To, co dostaliśmy do ręki, to coś więcej niż typowy ołtarzowy tryptyk, to „poliptyk”.
          Autor nie dość, że starannie oddzielił ziarno od plew, wykazując się dużą samoświadomością, to jeszcze te najlepsze utwory z ostatnich lat umiejętnie skomponował. 
I tym samym ołtarz po rozłożeniu mówi nie tylko każdym detalem, pojedynczym wierszem, lecz 
i całością. Co może mówić tak skomponowana całość? Przede wszystkim pokazuje wiarę w porządek, organizację: nad uczuciami można zapanować, od tego jest forma i przyrodzona jej dyscyplina. Pojedyncza emocja w tym ołtarzowym układzie jest jak nuta w symfonii. A to już wyższa szkoła poetyckiego wtajemniczenia, gdy młody autor tak właśnie rozgrywa współobecność akordów budowanych z pojedynczych nut – scen, obrazów, sytuacji.
         I jeszcze dodam, że ołtarz, choć perfekcyjnie rozrysowany, a potem wyrzeźbiony, może pozostać martwy. To zależy od tego, kto przed nim stoi, modląc się lub kontemplując. Ten ktoś, gdy odnajdzie wspólny ton i znajome figury, może stać przed nim jak urzeczony. Co właśnie mnie, 
i pozostałym jurorom, się przydarzyło. I choć nie powinno się dzielić włosa na czworo, to jednak spróbuję w ten sposób dotrzeć do tego, co tu najważniejsze:
         po pierwsze apoteoza dzieciństwa, czystość pierwszych doświadczeń w obliczu doliny, rzeki, rżyska, w ciepłej i mądrej obecności dziadka i babci,
        po drugie dramat wyrwania z tego raju i wrzucenia w błoto życia, w piekło miasta, głupiej 
i ogłupiającej cywilizacji,
        po trzecie cierpienia młodego Wertera, na którego zarzucono sieć i wszystko wydaje mu się nierealne, wirtualne,
        po czwarte szukanie możliwości kontaktu z czymś czystym i pierwotnym mimo goryczy, wściekłości i sarkazmu.

         I jeszcze dwie rzeczy na koniec bardzo mi bliskie. Bohater tych wierszy przez jakiś czas pracował w szkole, bez tego doświadczenia nie powstałoby co najmniej kilka linijek. I podoba mi się, że poeta jest staroświecki, to znaczy oczytany (w międzywojennej awangardzie i nie tylko, bo na przykład kłania się Dante). Dla niego wiersz prócz tego, że ma dużo widzieć i chwytać, to jeszcze musi brzmieć. A w tych brzmieniach, za każdym razem dostosowywanych do sytuacji 
i emocji, jest już coś więcej niż tylko dobrze opanowane rzemiosło.

Dziękuje Państwu za uwagę!

Karol Maliszewski 

__________________________
materiał opublikowany za zgodą  Autora.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisy ad personam będą usuwane