Agnieszka Jarzębowska

Później od last minute ... (czytaj więcej)

Fotorelacja

Wieczór poezji w Krakowie

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Paweł Biliński

Przetrwać uda się nielicznym.

sobota, 10 sierpnia 2013

wersy zamiast spaceru i babiego lata

Katarzyna Zając 



Urlop z Tomaszem Mannem


W lipcu czytam Czarodziejską górę.

Z Hansem jadę z wizytą do sanatorium dla gruźlików.
Owijam się pledem, sporządzam wykresy temperatury,
wdycham górskie powietrze. Liczę dni do odjazdu.

W lipcu mówisz, że w twoim życiu jest inna kobieta.

Wychodzisz. Gotuję zupę ogórkową. Połykam tabletkę.
Myślę, że nie zdążyliśmy razem wyremontować kuchni.
I że talerze nie nasze. I stół też nie nasz.

Nocami przewracam strony – na łóżku nie naszym.
Księżyc prześwietla na wskroś: mam plamy w płucach
i prątki we krwi.

W lipcu zamieszkuję na wysokości trzech tysięcy metrów.

Owijam się pledem, mierzę temperaturę, weranduję.
Dni nie liczę. Nie dziwię się, że u Hansa wykryto chorobę.
Lekarz mówi, że tu nikt nie zjawia się przypadkiem.

O zejściu nie ma co na razie myśleć.   




Pejzaż wewnętrzny: zapiski


Po raz pierwszy nie chcę pisać o makach,
łące zabarwionej sierpniem i matowym świetle.

Myślę, czy potrafię sama naprawić kran,
co zrobię, jeśli stracę pracę? Nim spostrzegę,
wplątuję to w wersy zamiast spaceru
i babiego lata.

Wciąż czytam Czarodziejską górę. Hans wyznaje
Kławdii miłość, kiedy ta opuszcza sanatorium.
Zostawia mu na pamiątkę swój rentgen:
teraz bez końca patrzy na jej płuca,
bijące serce, piękny zarys żeber.

Dlaczego nie zajrzałeś we mnie głębiej,
nim udaliśmy się w różne strony?




Sen o końcu świata

I.

Pierwszy dzień wiosny - rozpięte marynarki
i płaszcze, zwiewne pończochy i kolorowe pantofle.
A jednak nie jest zwyczajnie: ktoś mnie potrąca,
inni gdzieś biegną. Krzyczą. Wyjmują komórki,
klękają na chodnikach.

Nad miastem wisi coś ciężkiego i ciemnego.

Chcę zadzwonić, jeszcze tyle powiedzieć.  
Nie mogę się poruszyć. Patrzę - domy i ludzie
znikają wśród pyłu.

II.

Pierwszy dzień wiosny - robię śniadanie.
Siadamy razem przy stole: bagietki, mascarpone
i oliwki rozpływają się w ustach. Myślę o śnie.
Na ulicach niepokoją mnie marynarki, pończochy
i pantofle. Drżę, gdy obok dzwonią komórki.

Nad miastem błękitne niebo.

Nocą rozbierasz mnie. Próbuję tyle powiedzieć,
smakuję twoje ciało jak wino. Światło księżyca to stal,
która za chwilę spadnie na domy,

w każdym coś przetnie.

_____________________

publikacja za zgodą Autorki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisy ad personam będą usuwane