Agnieszka Jarzębowska

Później od last minute ... (czytaj więcej)

Fotorelacja

Wieczór poezji w Krakowie

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Paweł Biliński

Przetrwać uda się nielicznym.

piątek, 12 kwietnia 2013

Wydarzy się w Krakowie...




Jerzy Hajduga 
Wojciech Roszkowski 
Krzysztof Schodowski




z cyklu dialogi





Pod śniegiem razami zimy

niebo na drutach rozwija
odległość do siebie
cicho i tylko
cień gołębia
wyciera skrzydło

leci przestrzeń







Od nagłej i niespodziewanej zachowaj nas, Panie


Jechaliśmy na północ przez pola słoneczników, rdzawe
winnice, ku miastom ciem i chorych anielic. Głowa

stawała się ulem: kto we mnie mieszka, wierzy? Kiedy
przestajesz jeść, pić, dużo śpisz, na strychu zamykają się

drzwi, po jednej stronie ciemno, po drugiej jasno i ktoś
próbuje przemknąć. To długa podróż: kwitnące pustynie,

piasek dla suchych warg, język z grzybów. Rosną nocą,
ciężką od woni ziół, a płomień żre płuca, tę pustkę

sczerniałej zony. Już wiesz, marzną dłonie, puchną stopy
sine w półmroku na posadzkach kościołów. Tu kiełkuje

samotność, zwykła w wesołych miasteczkach, lepionych
z jałowej ziemi. Więc ssij, ssij delty podskórnych rzek,

soczystą kiść ciała. Wodobrzusze – szkwał tutaj kołysze
mi łodzie, mówisz. To długa podróż przez interior,

skaliste miesiące. I kiedy przesuwam ciało nad krawędź
łóżka, gdy cię przewijam, drżysz. Masz wzrok jak mój

ranny pies pośrodku szosy. Pamiętam, byłem dzieckiem.
A koła w obie strony toczyły się, toczyły bez końca.




Odsłaniam się


czy to już czas czy to już miejsce
odsłaniam się jak pety papierosów
pod topniejącym śniegiem

a może nasze spotkania
nie miały być niczym
nadzwyczajnym

jesteśmy umówieni
czekasz na mnie
mnie nie ma

i czuję jak bardzo
mnie nie ma






Rozpoznawanie zapachów


             Przez czarne klify,
             Przez rzeki bez mostu,
                           Wędrujesz we mnie.

                                                                      F. Pessoa „Cavaleiro monge”


Dopóki nasze kobiety krwawią w piasek, w kocie
kuwety, podlewają miejsca, gdzie nic nie wyrośnie,
to dobrze. Tak właśnie ściele się ugór, wydmy

z popiołem w środku. Nie znam tu nikogo. Dach mojego
domu jest grafitową płachtą z worków na zwłoki.
Oddychamy przez niewielki prześwit. Spróbuj,

możesz wysunąć palec. Smętne są pieśni w Lizbonie,
wleczone w szpary między żebrami przez zadymione okna
tawerny. Saudade, saudade skrapla powietrze, żłobi wstęgi fal.

Tym właśnie przenika fado: zmęczeniem oceanu,
postrzępioną sierścią, odcieniem jodyny. Jest wiele ulic i placów,
gdzie kamienie ścierają blizny, stare tatuaże, także ciebie.

A nad ranem toną w rdzy. Podmiejskie kolejki, czerwonawe
pięty dziewczyn, wysuszone dłonie kobiet - wirujący
korowód. I niech pachnie nam safian, i niech płynie fado: kirem,

z ptakami na uwięzi, rybami. W smaku młodych piersi. W czymkolwiek.





Zawołam

już tak nie potrafię
jak wtedy cichutko

wychodzisz na palcach
 z dłoni





Karnawał



Czy byt wszechmogący mógłby stworzyć kamień tak ciężki,
           że nawet on sam nie mógłby go podnieść?
                            Paradoks omnipotencji

Jeśli istnieje Bóg, a pewnie istnieje, to bawi się
całą trójcą w chowanego na środku pustyni, gra w kości
albo morze w dwa ognie zamienia. Pożar, czasem jest kobietą,

zsuwa stringi i zasysa nas do środka niczym hausty benzyny.
Szaleństwo chrupie korę mózgową, a my próbujemy
oddychać, lizać jęzory lodowców, taplać się w brudnym śniegu.

Zostają dachy świata. I te głupie śpiewy wiejskich 
babek w chustach (gorszy jest tylko ból zęba): Doobry Jeezu,
aa naasz Paanie, daj mu wieeczne spooczywaanie.... Jakby ich

słuchał, miał obowiązek lub kiepski gust. Unosi się,
muska klawisze schodów do nieba, a w duszy grają mu
wuwuzele. Jest fiesta, feeria barw – chłopak przy torowisku

patrzy na swoje stopy: Po co kładłem nowe buty?
Gaśnie, a z nim latarnie w ślepych uliczkach, światła Kaplicy
Sykstyńskiej, gdzie piękny Bóg przytulony do sufitu

miał właśnie pomyśleć: Czy po drugiej stronie sklepienia
jest ktoś większy ode mnie? Ale nie pomyślał, zasnął,
tuż po tym, jak wydłubał z dziury po sercu lepką ciemną kulkę.





Wieczór autorski

 czytasz wiersz na mojej skórze
 i wtedy też notuję

cały we fragmentach







__________________________________
*kursywa - J.Hajduga

publikacja za zgodą Autorów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisy ad personam będą usuwane